TRZECI! – czyli o Confuzji słów parę

Confuzja 2009, konwencik taki, łączący kilka dotychczasowych krakowskich konwentów fantastycznych, http://www.confuzja.pl i w ogóle.

Pro forma wymienię highlighty imprezy, tak mocno post factum już.

  1. Hitlery! Ekipie akredytacyjnej (i jak zwykle towarzyszącym im ochotniko-pomocniko-przeszkadzaczom wszelakiej maści) nieodłącznie się nudzi. Tym razem, zamiast tradycyjnie bawić się gumowymi penisami, jak bywało dawniej, ekipa zaczęła rysować… Adolfa Hitlera w najprzeróżniejszych wcieleniach. Sailor Adolf, Hello Hitler, Do-Re-Mi-F’A-Do’lf, Adolf i Lolek… Fotogalerię, gdy wraz z Rudą pozrzucamy fotki z tego, udostępnię niechybnie.
  2. Kalambury z Tymbarków. Masakra kompletna: hasła brane wyłącznie spod kapsli tymbarkowych. Weź tu, człowieku, pokaż “PSSST!” albo “FRUKTYCZNIE”… Nawet stosowanie przeróżnych schematów sygnalizacyjnych (gest palcem na nadgarstek drugiej ręki: czasownik, gest kciukiem za siebie: czas przeszły, gest na siebie: pierwsza osoba, itd… tak swoją drogą, czy może ktoś gdzieś to spisał, jako poradnik dla nowicjuszy?) nie pomogło dzielnym i zdesperowanym ekipom osiągnąć jakiejkolwiek sensownej skuteczności pokazywania haseł. Punktacja była więc iście bagienna, zamiast kilkunastoma zdobytymi punktami zespoły zmagały się pomiędzy 4 a 5… Ale co tam, jednak się dało, jak widać.
  3. Konkurs hardkorowo-cRPGowy. Zająłem, pochwalę się, 2 miejsce. Pytania były od łatwych (“co było potrzebne do rzucania zaklęć w FF7” czy “w jakim mieście dzieje się akcja Eye of Beholder”) poprzez trudne (“na jakim systemie oparte były gry z serii Realms of Arkania” czy “jaki przedmiot gwarantował widzenie niewidzialnych stworów w Black Crypt na Amigę”) po iście diabelskie (“w którym roku odkryto cheat do Eye of Beholder dający dostęp do nieoficjalnych terenów”, no litości… :D). Poziom był dość wyrównany, ale trochę zabrakło możliwości “podkradania pytań”, gdy przeciwnik nie znał odpowiedzi. Może innym razem ;P  A może nie wytrzymam i zgłoszę się na współtwórcę pytań..? 😀
  4. Freestyle muzyczno-narracyjny. Ot, ciekawy pomysł, naprawdę. Puszczony zostaje kawałek muzyczki – dowolnej! instrumentalnej, ale gatunek i klimat był zupełnie nie do przewidzenia! – a zadaniem uczestnika było przeprowadzenie dwu-trzyminutowej narracji mistrzowskiej, pasującej nastrojem do podkładu. Czyli – do azjatyckich flecików i cymbałków opowieść o ataku na wioskę jak w Pięciu Kręgach, do jakiegoś matrixowego kawałka Juno Reactor – coś, zapewne, cyberpunkowego, jakiś pościg latającym bolidem między budynkami korporacji… Nie miałem okazji doczekać końca konkursu, ale pomysł zdecydowanie mi się spodobał.
  5. Konkurs wiedzy wszelakiej o fantastyce. Tylko kibicowałem MaRudzie i Werbatowi. Do kanonu przechodzą natomiast werbatowe: “trzeci!” (najpierw jako mało sensowna odpowiedź na pytanie “który bohater…”, potem wielokroć jako jeszcze mniej sensowna odpowiedź na dowolne inne pytania) oraz “biały na czerwony!” (czyli z jakiego na jaki kolor przemalowano krzak róży w “Alicji w Krainie Czarów” [ejże, to też fantastyka..? no dobrze, może jeszcze ujdzie], też odtąd podawane jako odpowiedź-joker). Dziwne trochę, że przeważały pytania o Monty Pythona (to jest fantastyka?) a nie było nawet jednego z Diuny (no jak tak można!). Ciekawe też, jak mało znany jest spinoff cyklu o Enderze – “Cień Endera” i dalsze – że nawet zagorzali wyznawcy samego Endera czasem nawet nie wiedzą, iż takowy spinoff istnieje…

A teraz rozwinięcie punktu o konkursie, czyli: co wygrałem. Otóż – cztery książki. Po kolei pożarłem:

  • Leonard Cohen, “Piękni przegrani”. Na tylnej stronie okładki obiecywało jakieś przemyślenia o upadku różnych cywilizacji, no to wziąłem, licząc na jakieś ciekawe analizy socjologiczne, przydatne współautorowi przyszłych (być może) powieści (ćśś!). A tymczasem… dostałem pseudo-strumienio-świadomościo-eksperymentalną powieść schizo-pseudoerotyczno-porypaną. Może jak ktoś lubi awangardę za samo bycie awangardą, to mu przypasuje, ale mnie zamęczyło do stopnia przekartkowania przynajmniej 2/3 książki, jedynie luźno zaglądając w tekst. No i to tłumaczenie… Wilk wyje “Auu! Auuuaaa! Strzauuuuaaaaa!”. Fajnie. (Podpowiem: “arrrrooooowwww” to może i strzała, ale kontekst nijak nie uczepił się tej strzałowości, zatem czemu tłumacz nie dopatrzył się tu zwykłej onomatopejki, tylko przez przypadek mającej jakieś znaczenie?)
  • Konrad T. Lewandowski, “Ksin Drapieżca”. Taka typowa luźna historyjka o kotołaku w świecie po brzegi pełnym magicznych stworów i klątw i generalnie pojętych czarów. Nic odkrywczego, ot, takie fajne czytadełko – bohater jest mroczny i tajemniczy i ma niezwykłe pochodzenie, ratuje i poznaje fajną laskę, żyje i współżyje im się fajnie, zwierzołak okiełznuje swoje zwierzołactwo poprzez uczłowieczanie się, bla bla bla, typowe ale znośnie podane. Nie pędzę na złamanie karku kupować następnych części trylogii, ale jak mi kiedyś w ręce wpadnie, to przeczytam, co mi tam.
  • David i Leigh Eddings, “Najdroższa”. Omujborze. Druga część trylogii o wojnach bogów i śmiertelników ramię w ramię przeciwko jakiemuś wielkiemu złu zawiadującemu armią insektów. Brzmi stereotypowo? Pewnie, ale to nie stereotyp tę książkę zabił. Bogowie jeżdżący na wkurzająco huczących błyskawicach, nienawykli do żywieniowych i tlenowych potrzeb śmiertelników, hodujący sobie swoje przyszłe wcielenia – okej, brzmi jakoś oryginalnie. Ale, na wszelkich – nomen omen – bogów, jak można przez 3/4 książki opowiadać o losach grupki zupełnie oddzielnych i ostatecznie nieistotnych bohaterów, tylko po to, by potem wykorzystać ich raz a kluczowo i pożegnać? Autentycznie: przez cały długaśny rozdział poznajemy losy chciwego kapłana o łotrowskiej naturze, by – dogoniwszy bieżący moment scenariusza – obejrzeć, jak nabluzgał żonie innego długo wprowadzanego bohatera, został za karę zamknięty w ciupie i zwiał, kradnąć komuś dwie sztabki złota i mały stateczek… Długaśna gra wstępna i kompletny brak orgazmu, tak to określę. I tyczy się to też całej książki: autorzy wprowadzają tych bohaterów, coś tam się dzieje, aż na koniec – zgadnijcie, co? Otóż: w zasadzie nic. Ot, w przeciągu może 2-3 stron wybucha jakiś gejzer, dowiadujemy się, iż armia wroga została zmyta siłami natury, i koniec, fajnie, cześć. Że co..??
  • “Polowanie na lwa”, antologia polskich opowiadań fantastycznych. Tak naprawdę dobrze w pamięć zapadło mi tylko opowiadanko “Ziemianie”, pokazujące spotkanie z przybyszami z odległej planety w (oczywiście) pokojowych zamiarach, podczas którego okazuje się, iż ich planeta nie jest aż tak bardzo odległa… Trafne i zgrabnie zaskakujące. Za to tytułowe “Polowanie na lwa” – nie wiem, co tam robiło; plemię Masajów tropi lwa, dopada go, ten rozsmarowuje myśliwych po okolicy, zostaje tylko jeden, który patrzy się lwu w oczy, lew jemu… koniec opowiadania… ee??

Of kors nieodzowne pozdrówki dla – analfabetycznie: Beherit, Diabła, Dyńka, Enei, Eruntale, Lucka, MaRudy, Matryca, Utka, Werbata, i kogo zapomniałem wspomnieć ;P

CategoriesRozmaicieTags

fantastyka


1. => TRZECI! - czyli o Confuzji słów parę
2. Draw a planet
< >,

konwenty


1. => TRZECI! - czyli o Confuzji słów parę
<>,

ksiazki


1. => TRZECI! - czyli o Confuzji słów parę
<>
cloud: accor:

Group1

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Connect with Facebook

Security Code: