Szlakiem automatów nadmorskich – edycja 2

No i się stało – pojechałem znowu, popedałowałem trochę, i wróciłem. Przejechałem, zgodnie z planem, wybrzeże (tym razem) od zachodu – Międzyzdroje – po wschód – Hel. Wszelkie napotkane automaty do gier muzycznych zostały skrupulatnie spisane, wedle założeń wycieczki, i zostaną równolegle na Krokmanię oraz DDR Poland wywieszone, wraz z mapką rozmieszczenia maszyn.

Uwaga: długie, szczegółowe i pełne anegdotek z podróży. Tak, żebym więcej nie zapomniał, komu o czym opowiadałem… ;P

Dzień 1 – sobota, 4 lipca 2009

Międzyzdroje – Niechorze, ~75 km

Kwadrans po północy. Wsiadam na Wschodniej do pociągu. Miał mieć wagon dla rowerów, ale nie ma. Przemiła, lecz nieobeznana (“ja dopiero pierwszy raz na tej trasie”) pani kierownik pociągu poleciła mi wstawić rower na końcu składu, jak zwykle się wozi. PKP fails. Przedział dalej siedzi ekipa młodzieży z czasoumilaczem z komórki uczynionym. Oby im bateria szybko zdechła.

Rower wieziony pionowoJakaś 3 w nocy. Do pociągu doczepiają skład z Kielc – na końcu, rzecz jasna. Mój rowerek zatem już nie jest na końcu i muszę – ja to chyba opatentuję – postawić go pionowo. Dla ciekawskich – wymagany jest klucz do kierownicy, oraz dwa sznurki lub gumy lub cokolwiek wiążąco-mocującego. Krok pierwszy – kierownicę luzujemy, ustawiamy bokiem, i lekko dokręcamy z powrotem. Krok drugi – jednym wiązadłem wiążemy rączkę tylnego hamulca, aby go “na sztywno” zacisnąć. Krok trzeci – stawiamy rower do pionu na tylnym kole (zahamowane nie odjedzie) zastawiając, niestety, jedno skrzydło końcowych drzwi wagonu. Krok czwarty – wiążemy górne/przednie koło do poręczy przy drzwiach bocznych wagonu. Potrząsamy dla sprawdzenia, czy się nie wywraca. Efekt widać obok.

9:16. Wysiadam w Międzyzdrojach . Świeże powietrze! Wymieniam parę uwag rowerowych z również podróżującym dwukołowo (ale obładowanym tak 3-krotnie większym bagażem) jegomościem, i ruszam w trasę.

Na początek odwiedzam dwupiętrowy salon gier firmy Joker, u nasady molo. Jest PIU NX, jest nieczynny ale podobno sprawny EZ2Dancer 2nd Mix. Nie mam jednak ochoty zaczynać dnia od wycisku dla nóg, spisuję tylko automaty (niepokojąc gościa z obsługi – “a po co to panu?”) i jadę dalej.

dsc02741 Ostatnio, jak jechałem tędy , nie miałem czasu na podziwianie krajobrazów – tym razem jednak pozwoliłem sobie na zahaczenie o “obowiązkowe” punkty widokowe. Emofotka była konieczna. 😉

Miałem na tym odcinku spróbować skontaktować się z ^oki i jego ekipą, celem jechania kawałek razem, lecz – podziękujmy PKP – mieli awarię jednego roweru w transporcie i ze Świnoujścia ruszyli dopiero popołudniem.

Jadę sobie i jadę, i mam przemożne uczucie “wstecznego déjà vu”. Gdybym jechał w tę samą stronę, co rok temu, zapewne towarzyszyłoby mi wrażenie “nic się nie zmieniło” – teraz jednak, oglądając wszystko z drugiej strony, mijam tereny znajome i nieznajome zarazem. O, Wisełka . Żarłem tu rok temu w piekarni przepyszną jagodziankę, żądny powtórki łatwo znalazłem piekarenkę – i figa, drożdżówek mało, jakieś takie niewydarzone… Dopiero 12 z minutami, a już ponoć turystyczna stonka wszystko wykupiła! Granda. Jakąś nadepniętą drożdżówę jednak wcinam, bo się orientuję znienacka, iż pedałuję na czczo. Ot, zapomniało się…

Obiecałem jednak, że się nie będę tak zapominał, by i o jedzeniu, i o fotkach pamiętać – i oto okazja do fotki. Most podnoszony w Dziwnowie! No i może by tak wyłączyć tę korekcję +2.0EV w aparacie…

dsc02742dsc02743

Dziwnówek upałem zmusza mnie do ściągnięcia koszuli i nasmarowania się olejkiem. Będę straszył wklęsłym torsem, a co.

Drogi przede mną jakoś wydaje się niedużo, więc decyduję się jednak na zboczenie w kierunku Kamienia Pomorskiego – wszak też ponoć wypoczynkowa miejscowość, może jakiś automacik się tam skrył. Figa jednak! Napedałowałem się i znalazłem ledwie jeden zupełnie anachroniczny salonik gier z paroma cymbergejami… Pff! Zabieram się stąd. Skuszony drogowskazem na Pobierowo skręcam z 107-ki na wschód i przez Strzeżewo, Sulikowo i Gostyń docieram wreszcie z powrotem na swoją trasę.

dsc02744Dla przemiłej koleżanki Syrenki – specjalne znalezisko w Pustkowie!

dsc02745Trzęsacz . Jestem tu już drugi raz, a nadal nie przyszło mi do głowy sprawdzić dokładnie, jakiego to kościoła ruiny tu stoją. Ba, mądry Polak po szkodzie, teraz to wzmocnili klif! 😀

dsc02746Do tego powiedzenie “jak czegoś nie zrobisz dobrze, to nie rób tego wcale” jest nam, niestety, obce. Oto przejeżdżając z Trzęsacza do Rewalu można napotkać kuriozalną transformację flory świetlnej: zabytkowe latarnie ustępują miejsca… czemuś dziwnemu, wściekle niebieskiemu. Sami popatrzcie, czy takie towarzystwo zacnym świecącym staruszkom nie uwłacza…

No dobrze, Niechorze i znane mi już pole namiotowe – dokładnie na rogu ulicy wlotowej do Niechorza, Google Maps nie ma tej uliczki – z przemiłymi lokalnymi kociętami. Oops, to już tegoroczne, dzieci zeszłorocznych! Jak ten czas leci. Rozbijam pierwszy obóz dsc02748i maszeruję na obchód. Automatów jest parę, owszem, same PIU, i mam się na czym popisać – jednakże zaskakuje mnie reakcja dwóch lokalnych nastoletnich wymiataczek: otóż gdy kawałek Csikos Posta na PIU Zero tańczę tyłem do ekranu, zdegustowane komentują “na pamięć to każdy potrafi”. Interesujące… Do tego moje zmysły zostają zaatakowane wszechobecną tandetą, w ilości, nawet jak na kurorty nadmorskie, powalającą. Ja rozumiem, że ludzie przyjeżdżają nad morze się zrelaksować, ale, na litość wszelkich bogów, przy nieczysto śpiewanym przez “muzyka na żywo” disco polo!? I to nie jakaś niszowa knajpa – spory lokal, i wypchany po brzegi, a bawią się wszyscy, od dzieci równo po starsze małżeństwa… Ja się wypisuję i idę spać…

Dzień 2 – niedziela, 5 lipca 2009

Niechorze – Mielno, ~95 km

Od rana pogoda pod chmurką, ale nie pada, co najwyżej postraszy. Wsiadam i raźno jadę przez Trzebiatów na Mrzeżyno. Liczę na widniejący na jakiejś mapie skrót przed Trzebiatowem prosto na Nowielice, ale, niestety, nie znajduję go i muszę nieładnie nadłożyć drogi. Pogoda zaś straszy i straszy nadal, co rusz mżąc delikatnie. A ja znów zapomniałem zjeść śniadanie! Piekarnia na początku Mrzeżyna ratuje mi żołądek przepysznymi, jeszcze ciepłymi, bułeczkami z dynią i jakimś innym ptasim żarciem. Kusi mnie wspomóc się jakimś energetykiem+snickersem, ale nie, będę twardy Słowian, a nie miętka ninja, ma być zdrowy wyjazd tym razem.

Mijam Dźwirzyno i zbliżam się do Kołobrzegu. Planuję myknąć ulicą Zachodnią i Wylotową , żeby samym centrum Kołobrzegu się nie pchać, ale okazuje się, iż Wylotowa została jakoś zabudowana i ostatecznie pcham się jakoś przez las…

Kołobrzeg, niestety, zawodzi. Przejechałem przez kilka nadbrzeżnych uliczek i całą promenadę, i salon gier widziałem… jeden, i to zapyziały jakiś taki. Wierzyć się nie chce, że w całym Kołobrzegu nie ma gdzie grać! Albo pochowali te salony gdzieś po zupełnie nieturystycznych rewirach.

dsc02750Mam Kołobrzegu dość, wyjeżdżam z niego ładnie oznaczoną ścieżką rowerową. Ścieżka okazuje się pruć na wschód niestrudzenie, mijając przepiękne bagna – no, tego to się tuż koło byłego wojewódzkiego miasta nie spodziewałem, ale to akurat pozytywne krajobrazowo zaskoczenie. Ciekaw jestem jedynie, czy to bagno słodko- czy słonowodne?

dsc02751Ścieżka ta, wedle oznaczeń, leży na międzynarodowym szlaku rowerowym R10 wiodącym wokół Bałtyku – jadę zatem zgodnie ze strzałkami, licząc, że na Sianożęty mnie wyprowadzi prędzej czy później. Tymczasem trafiam na stare, opuszczone lotnisko wojskowe! Szlak zaś prowadzi gdzieś w chaszcze… Ej, chrzanię, szczególnie, że zaczyna już regularnie padać – przedzieram się jakąś polną dróżką z powrotem na przelotówkę, i nią m(o)knę aż do Ustronia Morskiego .

Mam dość, jest mokro i nieprzyjemnie, a jeszcze pchając się do Gąsek zaliczyłem parę piaszczysto-błotnistych leśnych dróżek, i rower mi teraz chrzęści i skrzypi, pełen ziarenek różnych krzemianów…

Ostatecznie docieram gdzieś koło 17 do wsi niedaleko Mielna, o gdzieś tu , na nocleg u rodziny. Rowerkowi należy się poważne sprzątanie…

Dzień 3 – poniedziałek, 6 lipca 2009

Mielno, 0 km 😛

Generalnie się byczę, robiąc sobie dzień przerwy. Jest, jak na złość, akurat ciepło i słonecznie – wczoraj nie mogło, no jakżeby. Jako iż mam do dyspozycji stodoło-garaż z różnymi mechanicznymi dziędzibołami, rowerek zostaje (w miarę) odpiaszczony, nasmarowany (olejem silnikowym, ale lepsze to niż błoto) i znów jest w jako-takiej kondycji.

<reklama> Nie mogę nie wspomnieć tu o znajdującej się w Mielnie i będącej interesem mojej rodzinki smażalni ryb “Atol” – znajduje się ona tutaj , i można pożreć fenomenalnie przyrządzone dorsze i inne sezonowe ryby. A to mówi ktoś, kto generalnie za rybami nie przepada i od stoisk rybno-owocomorskich w marketach ucieka popisowo zatykając nos! Jeśli akurat danego dnia obsługą baru zajmuje się moja kuzynka, Basia, to już w ogóle lepiej się nie da trafić. Na pięterku tegoż lokalu znajduje się zaś mieszkanie, do wynajęcia w sezonie – lokalizacja ładna, zadbane, można polecać.  </reklama>. 🙂

Wieczorem wreszcie mam okazję przejść się po pobliskich uliczkach – i co widzę? DanceManiaX 2nd Mix Append J-Paradise, dotychczas stojący – o ile mnie pamięć nie myli – w Ustroniu Morskim, gdzie jego brak już zdążyłem okląć należnie! Wywijam zatem jak epileptyk, wprawiając w należne osłupienie grających ascetycznie lokalnych… Przepuściłem jakieś 10 zł, a tu podchodzi do mnie szef lokalu, zaprasza “na stronę”, i… proponuje, żebym u niego grał za darmo, skoro taki show robię i ludzie aż z ulicy przyłażą! Eeech, fajnie by było, ale ja jutro jadę dalej. Trochę szkoda.

Dzień 4 – wtorek, 7 lipca 2009

Mielno – Ustka, 100 km

A zaczęło się tak niewinnie – mawiają. Wyruszam nad ranem, w pięknym słonku, z planami przejechania przez Mielno do Ustki. Pierwszą ciekawostką na trasie jest skrót między Łazami a Iwięcinem i ten okazuje się być jak najbardziej na miejscu, nawet na trasie R10, choć jest to dróżka polna wyłożona podłymi płytami betonowymi. Następnym skrótem miało być znane mi już ominięcie Darłowa i pomknięcie wprost na Darłówko dróżką z Żukowa Morskiego – ale jakoś tej dróżki nie znajduję, i muszę normalnie przez Darłowo mknąć. Nadmienić tu też należy, że już od jakiegoś czasu widzę daleko przed sobą dość ponuro wyglądające chmury, i choć nade mną grzecznie świeci słonko, to kolejne mieścinki, które odwiedzam, są coraz to świeżej pomoczone.

No dobrze, Darłówko – jak w zeszłym roku, przed mostem (od strony Darłówka Zachodniego) stoi pokaźny salon gier, ale PIU ZERO w nim ustawiony jest ekranem prosto w słoneczną ulicę – zatem jestem 2 zł w plecy, gdy sobie je wrzuciłem, wybrałem jakąś trudną piosenkę, i już za chwilę po prostu schodzę z automatu, gdyż strzałek najnormalniej w świecie nie widzę wcale.

Kilkadziesiąt metrów dalej – stoisko z “mrożonym jogurtem z owocami”. Mała porcja 5 zł, duża 7, nie będę wariował, biorę małą. Omatkobuzka, to ma być “mała” porcja?? Dostaję taki typowy spory zwinięty wafel, jakie w Grycanach i innych lodziarniach się widuje do 4- czy 5-kulkowych lodów, napchany masą jogurtowo-owocową po brzeg! Żrę to chyba z kwadrans…

Napadam jeszcze na odchodnym PIU Exceeda, wyglądającego dość znajomo. No tak – to przecież ta sama maszyna, co w Warszawie stała w Galerii Mokotów! Zatem salon… tak, już wszystko jasne: toż przecież kolejna placówka firmy Lider. Pilnująca maszyn pani Danusia poleca mi przekazać pozdrowienia panu Heniowi (będącemu, jak zwykle, w salonie w Łebie), ale i informuje, że w Jarosławcu mogą być jakieś salony, a Jarosławca nie miałem w planach, choć jest prawie po drodze. No to zrobię mały skok w bok, co mi tam dodatkowe kilkanaście kilometrów.

dsc02753Jeszcze tylko rundka po Darłowie w poszukiwaniu paru dziędzibołów pasmanteryjnych dla Aili (robię za rowerową dostawę, patrzcie państwo)… Ale zaraz, co to? O, jakaś kamieniczka w remoncie. Tylko z czego zrobili prowizoryczną zaślepkę bramy..? Omujborze…

dsc02756_cropZanosiło się, zanosiło, aż się zaniosło. Niedaleko przed Jarosławcem zaczynają padać nieśmiałe acz spore kropelki, potem robi się ich troszkę więcej… by w przeciągu kilkudziesięciu sekund, które spędzam na panicznym wyciąganiu kurtki i owijaniu sakw ochronkami, lunąć jak z cebra, redukując widoczność do kilkudziesięciu metrów i zamieniając drogę w rzekę. Dodajmy jeszcze samochody, które ani myślą z uwagi na moknącego na poboczu rowerzystę troszkę zwolnić, i będzie całokształt mojej wątpliwej suchości określony zacnie. Wyglądałem po doturlaniu się w jakieś w miarę nienasączone miejsce tak jak obok widać. Jak na złość moment po ulewie wyszło słonko i zapewne wyglądałem dość komicznie – z kapiącą z nosa i kasku wodą, zakutany w kurtkę, w promieniach słoneczka…

dsc02757Jarosławiec przyniósł niespodziewajkę drogową. Powodzenia w nawigacji, gdy po całym miasteczku stoją rozstawione takowe znaki…

Wreszcie noclegownia – umówione telefonicznie “schronisko turystyczne” w Duninowie , 6 km od chwilowo docelowej Ustki, okazuje się być zlokalizowane… na plebanii. Cóż za ironia, prawda? Ja, stary szatanuch, nocuję w czymś na kształt klasztornej celi, z obrazkiem pt. “Jezus ubiczowany” na ścianie, na łóżku o klasie miękkości typowego bazaltu… Ale żarty na bok – mam zamykany na kluczyk swój własny pokój, jest ciepły i czysty prysznic (a więc i ja już za moment jestem czysty), i płacę zaledwie 17 zł, tyle, co na polu namiotowym – jest bardzo dobrze.

dsc02761dsc02763

Odświeżony i najedzony (oraz nastraszywszy panią ze spożywczaka wypiciem prawie całej dużej butelki Żywca Zdroju duszkiem – no co, zapomniałem pić po drodze…) jadę nawiedzić Aili, stacjonującą w Ustce na obozie kar- tfu, znaczy, wypoczynkowym tanecznym. Gdy się zbieram z powrotem, zauważam – w asyście licznych mentalnych bluzg – iż gdzieś na trasie zgubiłem tylną lampkę! Piękna 15-złotowa lampeczka, z dwoma alkalicznymi AAA w środku, czyli tak z 20 zł w plecy, fak. Wracam pędem na 23 (bo o tejże trzeba być z powrotem na plebanii, godzina policyjna, noż…) po ciemku i nieoświetlony, niedopsz, niedopsz.

Dzień 5 – środa, 8 lipca 2009

Ustka

W nocy ciągle budzi mnie a to łomot ulewy, a to wycie wiatru – pandemonium istne. Rano zaś, gdy wstaję, siupryza – nie ma prądu! Wychodzę do sklepu i co widzę? Strażacy usuwają resztki zwalonego drzewa, potężnego, kilkudziesięcioletniego pniaka. Wywróciło się drzewko i urwało druciki od prądziku dla pół wsi. A to ci psikus…

image001image009image014

Dzień spędzam strzelając słownym biczykiem nad zadkiem Aili, szlifującej swój występ zaplanowany na ten wieczór. Gdy wreszcie leziemy na miejsce samego występu (ot, taka ‘scena otwarta’, kto się czuje na siłach, ten może się popisać) okazuje się, iż lokal docelowy jest… restauracją. Dziewczyny ostatecznie występują “do kotleta”. Trochę mi macki opadły… Występ jednak udał się zacnie, o, tu można go obejrzeć na jutubie.

Dzień 6 – czwartek, 9 lipca 2009

Ustka – Łeba, 80 km

image018Wiatr w plecy wieje aż miło, jeszcze raz dręczę Aili swoją poranną obecnością i zmykam, niczym na skrzydłach, trasą na Słupsk. Po drodze przekonuję się, że skoro obie pisownie jakiegoś słowa są poprawne, to można się nie krępować i konsekwencja jest zbędna 🙂

Poza ceremonialnym zeżarciem paczki żelek w Żelkowie (aż dziwne, że Żelkowo sobie z jakichś żelek nie uczyniło jakiegoś lokalnego folkloru) po drodze nie dzieje się zupełnie nic ciekawego. Tak dla odmiany.

Na późne popołudnie jestem już w Łebie, zakwaterowany <reklama> na polu namiotowym “Stella”, ul. Krótka 7 </reklama> (za okazaniem kwitka z zeszłego roku, który w tajemniczy sposób przetrwał w moim portfelu, dostałem zeszłoroczną cenę, czyli 2*15 zł, a nie tegoroczne 17!)

No, to gdzie ten salon Lidera? Jadę główną promenadą Łeby, mijam znaną mi lokalizację saloniku, figa, pusto, jakieś ciuchy… Jadę dalej… O w mordę. Cóż, salonik troszkę urósł – tuż przy głównym szlaku wczasowej mrówkowni wybudowano drewniano-blaszaną wiatę o powierzchni spokojnie ponad 200 m2 i zapełniono po brzegi automatami najróżniejszymi. Największy salon na Pomorzu, bez dwóch zdań. Przy okazji pałaszuję całkiem apetycznego naleśnika po meksykańsku, oraz straszę dziewczynę z lokalnego spożywczaka kupowaniem hurtowo jedna za drugą butelek mojego ukochanego paliwa – Żywca Zdroju. Hej, trzy butelki w jeden wieczór to dużo? ;P

Dzień 7 – piątek, 10 lipca 2009

Łeba

Byczę się. Znaczy, względem roweru się byczę, bo nogom odpocząć nie dam, co to, to nie. Robię za oficjalnego instruktora dla nowicjuszy na PIU NX2, a nawet mam okazję rozkręcić i przeczyścić panele od tegoż PIU oraz stojącego obok DDR 4th. W zamian gram kilkanaście razy za darmo. Jest git. 🙂

Ciekawostkę stanowią moi sąsiedzi na polu namiotowym. Otóż – starsze małżeństwo, niby normalka, ale gęstość stereotypów uderza z siłą wodospadu! Ona: spokojna, prawie że ą/ę, trochę przy tuszy, papiloty, ubranie a’la lata 80, mało się odzywa, siedzi na leżaku i w ramach hobby zajmuje się jakąś wyszywanką czy innym haftem, słuchając 1 Programu Polskiego Radia. On: optycznie klon posła Palikota – fryzura wiecznie zmierzwiona, brzuszek, blaza na gębie, i ze wszystkiego “dobrotliwie” kpi na lewo i prawo, siedząc na swoim leżaku w rozkroku godnym niejednej gwiazdy porno. I tak chyba cały dzień, bo jak wychodzę rano – siedzą, jak wracam parę razy w ciągu dnia – nadal siedzą.

Gwoździem programu okazuje się, zapowiadająca się od popołudnia, wieczorna burza. Leje jak z cebra, ludzie kryją się pod co mogą – między innymi pod otwartą przecież wiatę salonu. Chwilowo salon jest zatem zapełniony istnym tłumem, choć jedynie przelotnie zainteresowanym urządzeniami rozrywkowymi, między którymi się tłoczy. Co w tym całym chaosie robi wizytujący swe włości szef firmy Lider? Włazi na krzesło i robi “lotnicze” fotki tłumów klientów oblegających salon. “Będzie jak znalazł na stronę firmy!” 😀

Dziewczyna ze spożywczaka na mój widok już od razu sięga po mineralkę, z rosnącym przerażeniem w oczach. 😀

image022Nie zapominajmy o kreatywnych walorach lokalnej młodzieży. Ot, budka z wreszcie sprawiedliwym podziałem usług.

image015Temat “zachód słońca nad morzem” jakoś traci na klimatyczności, gdy tłum wczasowiczów wylega wieczorem na plażę niczym z nadepniętego mrowiska, gapi się niby na tę tonącą w wodzie żółtą kulkę, jednocześnie siorbiąco i mlaszcząco pożerając kebaba XXXXXL i drąc się na jeszcze głośniej drące się dzieciory. Gdy zaś kulka już się utopi, tłum bez słowa albo z niewyraźnie wymruczanym “zajebiste, kurwa” rusza z synchronizacją godną bollywoodzkich superprodukcji z powrotem w ramiona lokalnych żarciowni. No cóż. W ramach drobnych złośliwości ja siadam sobie prawie na środku pewnej sekcji mini-tarasu widokowego, po turecku, i nieruchomo gapię się (osłoniętymi patrzałkami, naturalnie) w nurkującą świecącą piłkę. A niech mnie omijają, ja tu “medytuję”, choć mam o medytacji pojęcie takie, jak o hafcie wschodnioperskim.

Dzień 8 – sobota, 11 lipca 2009

Łeba – Karwia Władysławowo, 80 km

W nocy jest chłodno i, mimo śpiwora, trochę marznę. Trzeba było dokładniej przemyśleć rozmiary namiotu – znamionowe 200 cm długości to w sam raz jak na moje 180 cm wzrostu, ale jeżeli uwzględnić stromo spadziste ścianki namiotu, których – z braku tropiku – w razie nawilżenia dotykać nie należy, to powierzchni sypialnej robi się 180 czy nawet 170 cm. Spanie na karimacie w pozycji embrionalnej nie należy zaś do komfortów…

Od rana zaś na przemian siąpi lub leje. Siedzę chwilę jak niepyszny pod namiotem, ale potem wśród mżawki i iście zdumionych spojrzeń Pana Palikotoida pakuję wszystko na rower i jadę, bo co, przecież całego dnia nie przekibluję. Trasa szykuje się dość nudnawa, więc deszcz mi jej bardzo nie uprzykrzy i tak – kurtka z kapturem (na kasku, a co!) i owinięte specjalnymi ochraniaczami sakwy i jestem w zasadzie deszczoodporny.

Gdzieś na wysokości Choczewa (chyba?) wygłodniały napadam lokalny market (całkiem niczego sobie, jak na niedużą miejscowość), a gdy stoję obok sklepu i pałaszuję swoje zdobycze, podchodzi do mnie jakaś Niemka i pyta, czy spreche ich Deutsch. Ein Bißchen, odpowiadam, bardziej gestykulując niż szprechając – z niemieckim ostatni styk miałem lat temu 10! Babka jednak się nie zraża i pokazuje mi rozkiwany nachwytowy mostek kierownicy. No tak, one tak mają, że się rozkiwują, gdy nie są na mur-beton dokręcone. Zapewniam zaniepokojoną turystkę, że nie, nie jest gebrochen, dokręcam porządnie i kierownica trzyma się zgrabnie. I tu, ku mojemu zaskoczeniu, turystka zaczyna grzebać w portfelu, pytając, viewiel kostet taka “naprawa”! No, bez przesady, przecież tylko dokręciłem dwie śrubki… Konstruuję pospiesznie łamane zdanie, że “fahrradfahrer… helfen… einander”, i posyłam nareperowaną cyklistkę w drogę. A niech ma o Polakach dobre zdanie, germańska oprawczyni 🙂

Tuż przed Żarnowcem jest mała wieś, Lubkowo. Jej mieszkańcy najwyraźniej rzadko korzystają ze swego przystanku autobusowego, gdyż ten został, delikatnie mówiąc, troszkę zamieszkany. Wystarczy rzec, iż dorodnych, opasłych okazów gatunku Aranæus Diadematus naliczyłem 29. Naliczyłem, a to znaczy, że było ich tam jeszcze trochę, bo tych mizernych malutkich to nie uwzględniłem w cenzusie…

dsc02767
dsc02768_cropdsc02771_cropdsc02773_cropdsc02782dsc02783

Jest wreszcie jakaś 17, docieram do Karwi , i tu opadają mnie mroczne myśli. Mała mieścinka, automatów brak, jak się tu rozbiję z namiotem, to z nudów umrę… A, chrzanię plany, jadę do Władywosto- tfu, znaczy, Władysławowa, tam przynajmniej coś się ostatnio działo. Objechawszy całe miasto nie znajduję nawet jednego normalnego pola namiotowego, powoli desperując włażę komórką na noclegi.info.pl … i w minutę mam namierzone “Pomarańczowe” pole namiotowe, przy wlocie do Władysławowa od strony Jastrzębiej Góry. Komfortowe, wygodne, ogrodzone, z ochroną, choć kosztujące 20 zł. Można polecać. A jaki widok na morze..!

dsc02784

Na miejscu się rozbijam, załamuję intelektem bijącym z dialogów sąsiadujących ze mną kilku gimnazjalistek, wytykam ciekawie zapisane “gofry z drzemem” pani z budki śmieciożarciowej (“Cooo, tak jest napisane?? O, to się wnuczce oberwie… Bo wie pan, dałam wnuczce do spisania cennik, ma 17 lat, i tak ładnie pisze…”), wysłuchuję ohydnie fałszowanego karaoke polskich piosenek ery emo w wykonaniu lokalnej dzieciarni, po czym – już po zmroku – wreszcie atakuję (piechotą, siodełka mam troszkę dość) lokalne tereny automatowe. I co znajduję? Drugiego DMXa J-Paradise! Oczywiście robię człowieka-wierzbę, ale jest trochę późnawo, jak na zbieranie tłumów gapiów. A na PIU Prex 2 obok zacinają się panele i o mało nie failuję jakiejś nawet łatwej piosenki. Idę spać.

Dzień 9 – niedziela, 12 lipca 2009

Władysławowo – Hel – Gdynia, 80 km

dsc02766Słoneczko świeci, upał aż miło, liczę na dobrą pogodę w ten ostatni dzień wycieczki. Zanim opuszczam pole, zerkam jednak na metryczkę namiotu, czy mi się to 200 cm nie przywidziało, bo znów śpię w dziwnych i niewygodnych pozycjach. Rozmiary się zgadzają, ale wewnątrznamiotowe instrukcje przeciwpożarowe robią na mnie niezatarte wrażenie.

dsc02788Do mojej kolekcji osobliwości na zaszczytnym, honorowym miejscu “kiczu roku” zostaje umieszczony – znaleziony w Jastarni – Człowiek-Paprotka. Naprawdę nie przypuszczałem, że jakikolwiek szanujący się lokal (a tu akurat była to całkiem wysoko się ceniąca restauracja!) może się czymś takim “upiększyć” dobrowolnie…

Również w Jastarni mam okazję grzecznościowo skorzystać z lokalnej wypożyczalni rowerów, a konkretnie ich mini-warsztaciku, by jakimś olejem do czegoś choć odrobinę napoić mój niemiłosiernie piszczący w tym momencie łańcuch. Odjeżdżam zadowolony, iż mój rower przestał wydawać odgłosy stada polnych myszy miażdżonych walcem na tłuczonym szkle.

Na Helu generalnie znów wieje mi w nos, mniej zajadle, niż w zeszłym roku, ale naprawdę liczyłem na wiatr zachodni…

dsc02789Wszelkim sympatykom pewnego rzekomo rogatego upadłego anioła spieszę przynieść radosne wieści, iż uruchomiono specjalną linię autobusową, jadącą prosto w ciepłe rejony, czyli ‘straight to Hel’. Nie, to nie jest fotomontaż.

Na trasie spotykam ciekawego podróżnika – niejakiego pana Krzysia. Rower zabudowany bagażami, rejestracja “KRZYSIO” z tyłu, chorągiewka stercząca w górę, do ramy przypięte małe radyjko, na plecach pana Krzysia oczożerna pomarańczowa kamizelka “śmieciarka” – i pan Krzysio, na oko lat 60, o żylastej budowie zdradzającej wiele lat pedałowania, właśnie zasuwa na Hel… z Ustki. “No, dziś już 125 km. A jak dojadę na Hel… to zawracam i jadę z powrotem.” Ja pierniczę, ja chcę w jego wieku tak jeździć!

Hel . Stąd mam popłynąć “tramwajem wodnym” do Gdyni, co zajmie mi godzinkę. Podjeżdżam zatem do kasy, jest godzina 15, i czego się dowiaduję? Najbliższy tramwaj, na który jeszcze są bilety, będzie o godzinie… 20:30. Pięć godzin kiśnięcia na Helu przede mną, o radości, iskro bogów… Cóż, czas pozwiedzać co się da.

dsc02791Pierwszy cel – szczyt cypla. Morze dookoła ze wszystkich (prawie) stron. Lamowata panoramka, wiem, ale daje radę.

dsc02795Pogoda trochę się psuje – gdy wracam z cypla na nabrzeże, w stronę Gdyni widzę coś mało optymistycznego. Pytam blipem – owszem, nad Gdynią świeżo mocno lało. No ja się nie dziwię…

dsc02790A oto do kolekcji pięknej pisowni. Banner jest duży, prawie metr szerokości i spokojnie dwa długości, na dobrym materiale – musiał parę złotych kosztować, to na pewno. Wisi na automaciarni na samym nabrzeżu. Nikt tego nie zauważył..?

Żarcie nad morzem jest jakoś tajemniczo wyłącznie w rozmiarach XXL, XXXL, MEEEEEEEGA i tym podobnych, ale akurat jestem głodny. Namierzam w budce “zapiekankę maxxx”, pytam jak toto wygląda (spore, ale to dobrze), odbieram, panienka pyta jaki sos sobie życzę, łagodny ketchup czy ostrzejszy czosnkowy, wybieram czosnkowy, panienka smaruje mi zapiekankę białym smarowiszczem – i niby wszystko typowo, ale zza mnie odzywa się głos kogoś z kolejki za mną – “A tego takiego ostrego to już nie macie?” Panienka coś przebąkuje, że to jest do kebabów, ale ja grzecznie pytam, czy może się pospieszyłem z wyborem czosnkowego? “Nie nie, mogę dodać tego pikantnego, jeżeli pan chce.” Pewnie, że chcę. Panienka łypie jakoś dziwnie, gostek za mną coś zachichotał – hmm, no dobra, raz się żyje. Wgryzam się w doostrzonego mocno aromatycznym sosem zapieksa… Ożtywmordęjaciępierdzielę! Przeżywając cudowną agonię moich kubków smakowych pałaszuję swą zdobycz kulinarną, czujnie obserwowany przez “pomocnego” klienta i obsługę. “I co, dobre było..?” pyta niepewnie panienka z okienka, gdy podchodzę wyrzucić kartonik po zapiekance do śmietnika. No ba, najlepsze! Przez najbliższe pół godziny zapijam Żywcem ogień w gardle i żołądku. Najlepsza zapiekanka na wybrzeżu, oł, jes.

Gdy sobie stoję pod opuszczonym parasolem restauracyjnym i przeczekuję chwilowy deszcz, podchodzi do mnie jakiś inny cyklista – chyba autochton, bo na składaku, lat może pod 50-tkę – i zagaja, skąd jadę, dokąd, w ile osób, kiwa głową z uznaniem, że tak sam jadę, że to super tak podróżować, on swego czasu też zjeździł okolicę – wreszcie proponuje mi postawienie jakiejś zapiekanki czy hotdoga czy czegoś. Dziękuję grzecznie, jestem tuż po tej ogromnej piekielnej zapiekance, i zaczynam się zastanawiać, o co facetowi chodzi. Ten jednak, niezrażony odmową, sięga do mocno brzęczącej kieszeni, wyciąga (nawet nie licząc) małą garstkę pięciozłotówek i mi wręcza – “to masz, będziesz miał na obiad jutro albo co”. Znów trochę oponuję, ale jeszcze raz omiatam jegomościa wzrokiem – błyszczący zegarek na ręce, jakiś podejrzanie złocisty łańcuch na szyi, jakaś bransoletka na drugim nadgarstku, oho, jakiś nowobogacki – i zaraz się dowiaduję, że przyjechał chwilowo do rodziny, a pracuje gdzieś na Islandii, i po prostu zarabia tam tyle, że tu w niezłym luksusie utrzymuje rodzinę, a i tak ma “nadmiary” i lubi wspierać “inicjatywy młodych”. Cóż, nie będę emigrantowi-dorobkiewiczowi robił przykrości, niech ma frajdę, że jego kasa zostaje dobrze spożytkowana… 😀

dsc02798Jest 20:30, przyklejam naklejkę z numerkiem na rower, odpinam bagaże, oddaję pojazd obsłudze tramwaju, zakampiam się na “pokładzie widokowym”. Szykuje się piękny zachód słońca. Tymczasem spostrzegam, iż w moim, postawionym przy burcie, bagażu zaczyna gmerać dwójka przedsiębiorczych 4- czy 5-latków: ciągną za paski sakw, zaglądają w zwiniętą karimatę, wsadzają rączki tu i tam… Podchodzę, zwracam uwagę słowami “to nie twoje, nie ruszaj”, grożę palcem. W tym momencie podchodzi do mnie bodajże ojciec dzieciaków, i o mało z rękami się na mnie nie rzuca, że co ja będę uwagę dzieciom zwracał! Toż to małe, nic złego nie zrobi! A jak już, to jemu powinienem powiedzieć, żeby on swoje dzieci przywołał do porządku. Jasne, będę szukał po okolicy, kto odpowiada za niesforne bachory… Wychowanie bezstresowe, czy jak? Strach pomyśleć, jak toto dorośnie…

Gdynia, 21:30. Późno, nie mam już kiedy lokalnych automatów szukać, pozostaje przewegetować do 1:28, gdy pociąg – wiozący wtedy Aili ze Słupska – odwiedzi Gdynię i się dosiądę do części pospiesznej. Aili, wygodnicka, pojedzie sypialnym…

Nudzi mi się potwornie, zatem zaczynam krążyć po dworcu Gdynia Główna i czynić obserwacje. Ot, choćby ceny w barku dworcowym. Zapiekanka 10 zł, kebab 13 zł… Czy ich pogięło? Open’er był jakiś czas temu… Toż na Centralnym w Warszawie można zapieksa za 5 zł dostać, a kebab za naście to już w zestawie z colą… Kibel za 2.50 zł to też przesada. Dowiaduję się również, iż: kibice Arki nie są nadmiernie piśmienni (a to ci nowina!), wedle PKP z gdyńskiego dworca korzysta regularnie ósemka olbrzymów (patrząc po pojemności osobowej i wysokości zamocowania siedzeń w “poczekalni”), a składy pociągów na wielkiej planszy najlepiej wykonuje się w paincie.

dsc02817dsc02814dsc02816

Pociąg podjeżdża. Wagon do przewozu rowerów? Jaki wagon? No dopsz, tradycyjnie rower wertykalnie zamocowany, ale pociąg cały zapchany, niektóre przedziały siedzącymi, niektóre po 2 osoby śpiące sobie smacznie poziomo, ale budził ich nie będę, bo kto obudzony i posadzony do pionu, ten zły… Już raz taką przygodę miałem, parę lat temu – konduktor, widząc mnie kimającego na rozkładanym siedzisku w korytarzu, obudził jakichś “zakampiaczy” w przedziale, kazał zająć “po bożemu” po jednym miejscu, i mnie tam ulokował – tylko do końca podróży wtedy wysłuchiwałem mało przyjemnych tekstów, “w przestrzeń” wypowiadanych między dotychczasowymi dwoma pasażerami, pod moim adresem. Nie dałem delikwentom wtedy satysfakcji, nie wyniosłem się, mimo, iż robili co mogli, bym się czuł niemile widziany w “ich” przedziale, ale nie mam ochoty na powtórkę z takiej rozrywki. No to co teraz, będę spał na korytarzu? Na szczęście zanim do tego zdefaultowałem, spostrzegam przedział oznaczony jako zarezerwowany dla kierownika pociągu, pusty i zamknięty. Moment, przecież kierownik jest w pierwszym wagonie, a to jest prawie ostatni… A ja mam wśród kluczy rowerowych jakieś nasadkowe, wprawdzie sześciokątne, ale może dadzą radę… Dają, i tak oto mam swój własny, puściuteńki przedział, ze zgrabnie odstraszającą nieproszonych gości naklejką “kierownik pociągu” na drzwiach. W razie czego jestem gotów się wynieść, oraz ściemniać, iż było po prostu otwarte – ale konduktor, który sprawdza mi bilet, o nic nie pyta i po prostu idzie dalej. Po raz pierwszy od paru dni śpię wygodnie wyciągnięty na miękkim podłożu!

Sprzęt

O sprzęcie będzie później. ;P

cloud: accor:

Group1

5 Replies to “Szlakiem automatów nadmorskich – edycja 2”

  1. A my w sobotę nie dość że wagon dla rowerów to pociąg był pusty:) Szkoda że się nie spotkaliśmy na trasie. Pozdrowienia Michał (członek ekipy okiego:)

  2. Bardzo interesujący i ciekawy tekst. Przeczytałem go z ogromnym zainteresowaniem 😉
    Pozdrawiam i życzę powodzenia w kolejnych wyprawach :]

  3. Najs, fajoska relacja, zazdroszczę tripa. ;]

    Tekst “na pamięć to każdy potrafi” wygrał dla mnie wszystko. XD Chociaż kawałek o zachodzie słońca też mocarny. ;P

  4. Pozazdrościć, pozazdrościć. Trochę mnie zasmuciłeś faktem, że w Łebie nie ma DMX – może jednak 3ci rok do Władka będziemy musieli skoczyć ;>

  5. Chwała Ci Sinusie, za powyższy raport ^^ Nie dość, że boska lektura, to jeszcze mnóstwo przydatnych (automatowo ^_-) informacji.

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Connect with Facebook

Security Code: