Rowerem wzdłuż Bałtyku 2010

Po raz trzeci już wybrałem się nad morze. Po co? – często słyszę takie pytanie. Czemu nie inną trasą? Otóż z wielu powodów: nie ma wielu górek i dołków, więc jest to trasa bardzo łatwa technicznie, a żaden ze mnie hardkor. Asfalt przez znaczną większość czasu, więc pedałować łatwiej. Powietrze nadmorskie przyjemne. Gdzie indziej miałbym jechać – w góry? Nie na moje siły, nie jestem masochistą. Na Mazury? To prędzej rowerem wodnym. Ogólnie przez kraj? No gdzie, Łódź-Poznań? Nuda. A nad morzem – co wszak dla mnie istotne – od automatów tanecznych aż się roi. Dlatego pruję wzdłuż Bałtyku po raz trzeci.

Dwa razy jechałem sam. Tym razem zanosiło się, iż będę (wreszcie) miał jakieś towarzystwo w podróży! Niejaki Lisek, kumpel od wszelkich gier muzycznych, wyraził żywe zainteresowanie, miał „tylko” odebrać rower z serwisu i przynajmniej przez część trasy mi potowarzyszyć. Niestety, głupota i niekompetencja serwisantów nie pozwoliła im dostrzec, iż jeśli w nowym rowerze po raz trzeci dętka koła przebita zostaje od strony felgi, to oznacza to, że któraś ze szprych, z sobie tylko znanych powodów, uporczywie gmera w dętce i kolejna wymiana ofiary takowej napaści nie rozwiąże problemu. Zamiast zatem albo przyjrzeć się mocowaniu szprych, albo wymienić taśmę je zaklejającą, serwisanci doradzili wysłanie roweru do producenta. I tak oto rower zniknął, niczym sen jaki złoty, na miesiąc w czeluściach procedur serwisu gwarancyjnego. Z braku innych chętnych – jak zwykle – zostałem sam na placu boju. Oh well.

Mój dzielny dwukołowiec też doczekał się (pierwszego od 10 lat, or something) przeglądu w serwisie. Przesmarowali (ale nie czyszcząc zębatek – może piach ze smarem jest lepszy od samego piachu), wymienili przerzutkę, wyregulowali linki i wycentrowali koło. Luzów na kierownicy jednak nie udało im się do końca wycisnąć – ponoć aheadowe mocowania te takie “nachwytowe”, tak mają i już. Dziwne.

Dzień 1: niedziela, 4 lipca 2010

Poranek niedzielny, jak zwykle zaczyna się od zamieszania. W sieciowym rozkładzie PKP widnieje składanka Warszawa-Poznań i Poznań-Szczecin-Międzyzdroje – jednak w okienku kasowym miła pani robi oczy niczym (ra+1)sowa, i wyjaśnia, iż jest to jeden pociąg, a nie dwa, i co ja jej tu truję głowę dwoma biletami! Jadą bowiem z początkiem lipca dwa składy, Warszawa-Poznań i Wrocław-Poznań, które łączą się w Poznaniu i jadą razem do Świnoujścia. Cały zadowolony dopłacam również za przewóz roweru, spodziewając się zwyczajowej masakry z jego transportem. Tu jednak PKP zaskakuje mnie pozytywnie, gdyż pociąg ów ma wagony piętrowe, a więc z szerokim centralnym wejściem, pozwalającym na nieszkodliwe postawienie przypiętego do poręczy roweru. Komfort, normalnie! I nawet konduktor nie kwęka, że wiozę rower „na dziko”, bo przecież teoretycznie tak się rowerów nie wozi: albo w specjalnym wagonie, które w przyrodzie występują równie często co Yeti, albo wcale i wtedy nawet kasy nie powinny biletów rowerowych sprzedawać.

Podróż mija dość szybko. Prawie godzinne opóźnienie, godzina 16 z minutami, odpędzam natrętnych „łowców głów”, którzy – ledwie człowiek postawi stopę na peronie w Międzyzdrojach – obskakują, proponując transport i zakwaterowanie wszelkiej maści… i ruszam w trasę. Do zrobienia zaledwie 50-kilka kilometrów, ale to pierwszy dzień (a zaprawy kondycyjnej nie zrobiłem, oczywiście, absolutnie żadnej) i z limitem czasowym, bo ciemną nocą pojawić się na polu namiotowym nie wypada.

Międzyzdroje, na powitanie, oferują totalnie rozkopane kilka ulic wokół stacji i w centrum. Termin na remont i przebudowę generalną – idealny, doprawdy!

Nie ma co się rozwlekać ani obijać – gnam przed siebie (no, powiedzmy, droga dość fałdowana, więc na przemian pruję z górki i gramolę się znów pod następną) i nie mam czasu nawet widoków podziwiać. Mam natomiast jeden istotny cel: zagłosować! Z karteczką, pozwalającą głosować byle gdzie, w kieszeni mknę przez kolejne miasteczka, kombinując, gdzie będzie najwygodniej spełnić obywatelski obowiązek. Liczę, iż po prostu gdzieś ujrzę klasyczne czerwone strzałki „do komisji wyborczej”, zakreślę wiadomo kogo (podpowiem, że kaczki to są dobre po pekińsku i nijak inaczej) i tyle, zatem nie tracę czasu na szczegółowe poszukiwania urny.

Po drodze – Dziwnówek. Ulegam pokusie i na wybebeszonej maszynie od DDRa ze StepManią w środku daję mały popis… w wyniku czego pozostałe mi jeszcze 20 km jadę już z lekkimi skurczami w łydkach. No na co mi to było, co mnie podkusiło? 😛

Tak docieram, poniekąd zdziwiony stopniem obolenia tyłka (bo nogi zmęczone to oczywistość, ale tak mnie zad jeszcze nie zapierniczał), do Pobierowa około godziny 19 z minutami. Wiem, że 40 km to nie tak dużo, żeby 3h jechać, ale trasa nie rozpieszczała zanadto. Są (wreszcie) strzałki do komisji! Jednakże gdy już nimi podążam, napotykam na kilometrowej prawie długości kolejkę głosujących wczasowiczów! I to wcale nie mającą wielkiej ochoty posuwać się naprzód! Oceniwszy na oko (tak, wiem, chłop w szpitalu, itd.), iż stracę na czekaniu przynajmniej godzinę, i prędzej zamkną o 20 komisję niż doczekam się okazi do oddania głosu… niestety podwijam ogon i jadę dalej. Trudno, tym razem liczę na rozsądek innych rodaków. Na szczęście dopisali.

Również w Pobierowie zaskakuje mnie nierozgarnięcie ludzkie. Otóż zaglądam do kolejnego z rzędu salonu gier, widząc kolejne PIU nachodzi mnie myśl, iż zamiast tu wszystko zwiedzać za każdym razem od nowa, mógłbym ponotować numery telefonów do poszczególnych salonów i po prostu ich obdzwonić co sezon, pytając, co u nich w tym sezonie stoi do skakania. Idę zatem do miłej pani obsługującej rozminę pieniędzy i pytam, czy może mi powiedzieć, jaka firma obsługuje salon, znaczy, kto jest właścicielem. „Nie powiem panu.” Czemu, to jakaś tajemnica? „Szef nie pozwala udzielać informacji.” No dobrze, to mogę z szefem porozmawiać? „Nie ma, wyszedł.” To może telefon do szefa? „Nie mogę.” Hm. Pracownik, któremu nie wolno zadzwonić do szefa, gdy klient chce z szefem porozmawiać, w sprawie, jakby nie patrzeć, biznesowej? Interesujące. Cóż – daję za wygraną i jadę dalej, do kolejnego salonu. Tu zagaduję chłopaczka rozmieniającego kasę i pytam o to samo. Nie wie, pracuje tu od niedawna i tylko wie, gdzie ma przychodzić do pracy. Ale może zawołać szefową, no to niech woła, proszę. Witam się z szefową, gdy ta wreszcie pojawia się z zaplecza, i pytam, jaka to firma salonem zarządza. „A po co to panu?” Wyjaśniam, że chciałbym do nich telefon, żeby móc – czy teraz, czy później w sezonie – zadzwonić i spytać o bieżący asortyment automatów. I może umieścić to w Internecie, żeby środowisko graczy mogło salon namierzyć. „Po co panu ten telefon? Zadaje pan jakieś dziwne pytania, o co panu chodzi?” Jeszcze raz klaruję, że chciałbym po prostu kontakt do firmy, żeby – jako klient – móc się, bez przyjeżdżania, dowiedzieć, co w danym sezonie firma wystawia. „Nie jesteśmy zainteresowani, do widzenia.” Oooo-kej…

Jadę dalej. Gdzie można zdobyć podpowiedzi co do ciekawych tras rowerowych? Otóż, na przykład, w serwisie w „GO Sporcie”. Gdy oddawałem rower do przeglądu przed wycieczką, pogadawszy chwilę z chłopakiem obsługującym stoisko rowerowe dowiedziałem się, iż pochodzi z Pomorza i zna tamtejsze trasy całkiem nieźle. Międzynarodowo uznaną trasę R10 „Bike the Baltic”, wiodącą – nomen omen, cóż za niespodzianka, prawda? – wokół całego Bałtyku bardzo zachwalał, zatem tym razem postanowiłem ją wypróbować nie tylko na asfaltowych odcinkach. Dotarłszy zatem do Pustkowa czy Rewala odnajduję zielone oznaczenia trasy i, zamiast szybko zasuwać przelotówką, zasuwam – choć troszkę wolniej – leśną ścieżką. Ale jaka to ścieżka! Trasa wzdłuż Rewala (albo Rewalu? słyszałem obie wersje…) prowadzi tuż nad kilkunastumetrowym klifem, i to miejscami dość słabo zabezpieczonym. Jak się nieostrożny rowerzysta zanadto rozpędzi, to może nie wyrobić na zakręcie i malowniczo wykonać Thelmę i Louise. Widoczki jednak warte tego drobnego ryzyka, szczególnie w wyznaczonym na klifie miejscu startów motolotni. Dalej, niestety, udaje mi się wpierniczyć w zdecydowanie mniej malownicze chaszcze (pewnie przegapiłem jakąś strzałkę) i jak brnę w zasypaną pościnanymi gałęziami (?) nadbrzeżną leśną ścieżkę, tak – konsumowany żywcem przez hordy komarów – muszę wybrnąć na wstecznym. Ciekawe, bo ścieżka jest oznaczona tabliczką „uwaga kleszcze”, przez chwilę całkiem dobrze zadbana (jak typowa leśna spacerówka), by nagle na przestrzeni kilkudziesięciu metrów zupełnie zniknąć w zaroślach.

Ostatecznie jednak do Niechorza docieram planowo, melduję się, rozbijam wierny swój namiocik, i idę po raz pierwszy „w miasto”.

Na pierwszy ogień pragnę zimnego napoju – uwagę moją przykuwa zatem kawa “chai frappe” oferowana w budce ulicznej. Pytam, cóż to ten syrop chai, bo jeszcze się z tym nie spotkałem – i słyszę, że to takie różne przyprawy; cynamon, karmadan… Karmadan..? To naprawdę egzotyka, karmadan w kawie! Jestem pod wrażeniem. Kawa jednak pyszna, nawet z taką kuriozalną przyprawą.

Automaty – takie jak zwykle, tam gdzie zwykle: PIU Zero, Perfect i drugie Zero wsadzone w obudowę od NX2 (czyli software o dwie edycje starszy od skrzynki, rzadka sprawa 😉 ). Daję, oczywiście, popis i zmęczony pełznę do namiotu.

Niechorski night life niestety po prostu przeraża – disco polo live w trzech lokalach na jednej ulicy to nie to, co tygrysy lubią najbardziej. Tę mrożącą krew w żyłach kiczofonię łamie tylko jeden lokal, w którym – jakby z innego świata – śpiewającej miłym głosem z lekkimi jazzowymi elementami dziewczynie akompaniuje pianista, a w repertuarze anglojęzyczne kawałki, ja akurat trafiłem na kilka skróconych piosenek Beatlesów ciurkiem jedna po drugiej. Tylko lokal, oczywiście, świeci prawie pustkami, podczas gdy discopolownie pękają w szwach. Co ciekawe, po 22 większość lokali zaczyna się zamykać, i – wedle relacji chłopaka z salonu Jokera – o północy jest już prawie cisza. Gdzie imprezy do rana, hę? To jest miejsce na wczasy, czy na szkółkę niedzielną?

Dzień 2: poniedziałek, 5 lipca 2010

Niebo chwilę zachmurzone grozi przynajmniej omżeniem mnie, jeśli nie gorzej – ale za chwilę się rozjaśnia. Zwijam majdan i zmykam, nawet bez śniadania, bo co się będę obciążał niepotrzebnie. Gdzieś po drodze wżeram rytualną drożdżówę z jogurtem, obsłużony przez strasznie smutną dziewczynę w spożywczaku – i pedałuję dalej, do Mielna przez Trzebiatów, Mrzeżyno i Kołobrzeg.

W zeszłym roku nie udało mi się Trzebiatowa ominąć, mimo planów zrobienia skrótu przez Nowienice – tym razem jednak mam szczęście: chwila pedałowania po niepozornej, piaszczystej drodze, mostek, tajemnicza brama z czerwonym znakiem zakazu wjazdu (znaczy, że cała wieś ma ruch jednostronny? taka ustawowo zacofana? e, prędzej ktoś zwinął znak skądś i tu powiesił tak dla efektu) i oto jestem na drodze prosto na Mrzeżyno przez Trzebusz. Drodze to niestety dużo powiedziane – ktokolwiek pilnuje stanu asfaltu na tej trasie powinien za karę jeździć po niej codziennie, i to na wrotkach. Dziura na dziurze i dziurą pogania!

Mrzeżyno zaskakuje mnie lingwistycznie. Otóż przywykam powoli – choć nadal mnie wnerwia – do, popularnego ostatnio, kończenia zdań przez „tak?”. To jakaś taka odmiana dawnego „nie?” czy „co nie?”, tyle, że zadziwiająco wszechstronna, do stopnia absurdu. O ile bowiem „Ale gorąco!” ładnie mutuje w „Ale gorąco, nie?” – zapraszając rozmówcę do potwierdzenia – o tyle „Ale gorąco, tak?” zaczyna brzmieć już dziwniej. To jednakże tylko część wypowiedzi, która mnie wirtualnie położyła na łopatki. Otóż w spożywczaku proszę o dużego Żywca niegazowanego. Panienka za kontuarem pokazuje za moimi plecami lodówkę, i odzywa się w sposób następujący: „Niech pan se wezienie, tak?”… Dooobrze, po kolei. „Se” wiadomo. „Weźnie” to typowa, regionalna forma „weźmie”, w porządku. „Wezienie”? Tego jeszcze nie słyszałem. No i „tak?” doczepione do imperatywu „niech”… Całość to istna bomba kuriozów językowych, tak? Tfu! Zaraza!

Mijam Dźwirzyno, notując automaty po drodze (i przegapiając, niepojętym sposobem, przynajmniej dwa wielkie zeszłoroczne salony – albo oślepłem do reszty, albo naprawdę „Family Games Park” w Dźwirzynie wcięło, podobnie jak salon o wdzięcznej nazwie „Daytona”…), w Kołobrzegu dopompowuję kółka (wreszcie! to bardzo ciekawe, ale na głównej trasie łączącej pomorskie miejscowości o stację benzynową jest naprawdę trudno!), przemykam przez to miasto zadziwiająco pozbawione jakichkolwiek automatów, i ląduję na znanej już sobie trasie rowerowej biegnącej z promenady nadmorskiej prosto na wschód. Trasa znienacka się urywa, gdyż pomost przez lokalne mokradło jest właśnie w remoncie, ale na szczęście zapewniono objazd po gumowych planszach przez plażę.

Tak trafiam prosto na dawne radzieckie lotnisko, przez które biegnie znów trasa R10. Pasy startowe są olbrzymie, i amatorzy militariów mogą narobić sporo fotek zarośniętym dawnym hangarom. Ilość gumy, wprasowanej w betonowe płyty pasów, jednoznacznie wyjawia, iż na kręceniu bączków czy wyczynianiu innych ewolucji zjechano tu niejedną oponę.

Tym razem nie gubię trasy, jak w zeszłym roku (może dlatego, iż tym razem słoneczko ładnie świeci, aż za ładnie; wtedy lało nieprzyjemnie) i ani się oglądam jestem w Sianożętach, chwilę później w Ustroniu Morskim (przecudnie ‘ghetto’ automat; Stepmania z zestawem piosenek z Krokmanii w obudowie od starego PIU z matą-przeróbką od PIU!), przez Gąski i Sarbinowo docieram do Mielna i tam dociera do mnie, że jakiekolwiek zsiąście z roweru i odpoczynek odkładałem przez ostatnie kilkadzieścia kilometrów. Kaszlę pyłem drogowym, oddech mam płytki jak kałuża, w obu nogach skurcze, ale oto siedzę w prowadzonej przez krewnych smażalni „Atol” (kryptoreklama!) i konsumuję przepysznego dorsza, odświeżając kontakt z przemiłą kuzynką. Warto było tak pedałować!

Krótki rekonesans po Mielnie pozwala ustalić, iż tym razem nie ma tu żadnego (!) automatu do skakania nożnego, natomiast jest – jak w zeszłym roku, w tym samym miejscu – DanceManiaX 2nd Mix Append J-Paradise (niezła pełna nazwa). Obsługa rozbrajająco szybko wyskakuje z gratisów, gdy tylko parę kawałków wywijam freestyle’em, i sugeruje pojawić się po 21-szej, wtedy jest więcej ludzi. Pojawiam się zatem, i faktycznie – mała uliczka Nadbrzeżna, przy której stoi salon, zamienia się w dość ludny deptak (dyskoteka i parę klubów przy niej pewnie mają z tym coś wspólnego), zaś nastawiony na pełną głośność automat z daleka wabi gapiów. Moje popisy jak zwykle szybko zbierają publikę (patrzcie go, skromny), a nawet udaje mi się zasłużyć na kilkuosobowe brawa. Jest dobrze! Nie tylko ja jednak wymiatam – lokalna ekipa też się dzielnie stara, ale choć na punkty byliby zdecydowanie lepsi ode mnie (mi się już nie chce), to o jakiegokolwiek „stajla” nikt nie dba i wszelkie młynki rękami wokół czujników, gra jedną ręką z drugą za plecami czy piruety zostają moją domeną. Szkoda, ale co tam, przynajmniej robię furorę 🙂

Na wieczór dostaję od goszczących mnie krewnych bojowe zadanie: skonfigurować neostradę. Spoko, zapewniam, nie ma problemu, jak nie zgubili płytki instalacyjnej. Ale instalacja ma mieć miejsce… na netbooku kuzynki. „Do metalu”, jak głosi stary dowcip, bo netbook, oczywiście, napędu CD nie posiada. Ostatecznie sterowniki zostają przegrane na starego kompa, z niego kablem USB na moją komórkę, z tej na netbooka i wszystko chodzi. Cud, że to wszystko nie wymagało żadnych dodatkowych sterowników do USB czy czort wie czego jeszcze!

Dzień 3: wtorek, 6 lipca 2010

Zapowiada się niewinnie: pomagam otworzyć smażalnię, dość mało ludny dzień… aż tu pojawia się lokator z wynajętego mieszkania na pięterku, narzekając na awarię telewizora. Telewizor zostaje na szybko zamieniony na inny, ale już w opisie usterki coś mi nie gra: „jest tylko TVP Info” nie brzmi jak awaria samego telewizora, a prędzej anteny. Włażę zatem na dach i oczom mym zdumionym ukazuje się przepiękna „choinka” ze starych anten: długofalowa, krótkofalowa, UKFowa, wszystko spięte stareńką zwrotnicą w jeden kabel… Od rodzinki zaś słyszę, iż tu i tak zawsze odbiór był taki „wystarczający”, czyli – jak rozumiem – coś było widać, ale dobrą jakością bym tego nie nazwał. Zapada decyzja: demontujemy i wieszamy nową szerokopasmówkę. Takoż zostaje uczynione: balansując na szczycie dwuspadzistego dachu (mokrego od świeżego deszczu i pokrytego mchem – co to jest BHP?) rozbieram 20-letni koszmar elektromagnetyczny i przywieszam śliczną nową „siatkę”. Gdy zawiadamiam o tym Blipa, niezawodna pod względem błyskotliwości Eru odpisuje cytatem z musicalu „A Shoggoth on the Roof”: „A big monster like that on such a pointy roof – you may ask, how does it stay up there, if it’s so difficult? That, I can tell you in one word: tentacles!” Kto czai, ten czai. Kto nie czai, niechaj googla! F’tagn!

Wieczór przynosi jeszcze inną ciekawostkę – otóż chłopak kuzynki, skądinąd nieźle uzdolniony gitarzysta, wyciąga skądś, dla popisania się… skrzypce. Dość stary instrument, o ile moje ignoranckie oko potrafi to ocenić. Świeżo kupione jako prezent dla niej, i jeszcze ani kuzynka, ani jej facet nie potrafią na nich nijak grać – zatem dopraszam się możliwości wypróbowania. Jako iż jeszcze dotąd nie miałem okazji żadnego smyczkowego instrumentu dzierżyć w swych mackach, ochoczo (i ostrożnie) chwytam za skrzypki… i po paru próbach jestem w stanie parę nut zagrać w miarę czysto, by w duecie z gitarą zrobić jedną z linii melodycznych “Kanonu D-dur” Pachelbela. Ale podoba mi się, i chyba też sobie jakieś kupię, bo to bardzo przyjemny instrument, tylko jak już, to pewnie na elektryczne się szarpnę. Tylko ten cholerny bezprogowy gryf… okropność!

Wieczorem znów dorywam się do DanceManiaXa, ale tylko na chwilę – rodzina się zwija do domu, a że mieszkają 15 km od Mielna, to niestety i ja zniknąć muszę.

Dzień 4: środa, 7 lipca 2010

Pomagam otworzyć bar, zabieram manatki i szpuluję dalej. Łazy, dalej płytówkami (drogami wyłożonymi betonowymi „krakersami”, a nie zbrojami płytowymi, moi mili) przez wiochy do Iwięcina i na Darłówko. Polując na skrót koło Żukowa Morskiego wtaraniam się na jakąś obrzydliwą, traktorową dróżkę, która – choć faktycznie doprowadza mnie prosto do Darłówka z pominięciem Darłowa, to nie dam głowy, czy jeszcze nie nadłożyłem kilometra czy dwóch…

Darłówko. Zwyczajowo pożeram “małą inaczej” porcję lodów jogurtowo-owocowych, odwiedzam salon Lidera w Darłówku Wschodnim i znów zostaję „zmuszony” przez panią Danutę (o ile dobrze zapamiętałem z zeszłego roku?), opiekunkę tegoż salonu, do zademonstrowania maszyny, ku uciesze stacjonujących na tym samym deptaku sympatycznych dziewczyn od hennowych tatuaży. Ponoć i sama owa pani też parę prostych piosenek już opanowała, i – ku zaskoczeniu gawiedzi – czasem wieczorami sama dzieciom-nowicjuszom pokazuje, jak się na PIU tańczy! Jak dla mnie – w dechę.

Z Darłówka wiedzie, nie wzdłuż R10, ale całkiem nienajgorzej utrzymany, szlak rowerowy prosto na północny wschód, do Jarosławca. Trochę płyt, więcej płyt, jeszcze więcej płyt, piach-OKUŹWAwięcejpiachu-korzenie-płyty… no dobrze, powiedzmy, że ta trasa mogłaby być lepiej utrzymana. Jest jednak przejezdna i przednie koło zagrzebuje mi się w piaszczyste podłoże, zmuszając do gwałtownego zatrzymania, tylko dwa razy.

W Jarosławcu obiadowo odwiedzam stacjonującą tam wczasowo rodzicielkę, po czym pruję dalej, w kierunku Ustki. Po drodze spotykam sympatyczną Niemkę, wspólnie (po angielsku, bo mój niemiecki kuleje na wszystkie kończyny) narzekamy na stan polskich dróg i na postępującą analfabetyzację, niestety nie udaje nam się pojechać peletonem ani kawałka – moja towarzyszka nie potrafi utrzymać równej prędkości tuż za moim kołem, mimo kilkukrotnych prób – i tak, nieprofesjonalnie, co chwila się wyprzedzając dla zamienienia paru słów, docieramy do Ustki. Z posiadanej przez miłą współpodróżniczkę mapy dowiaduję się, iż szlak R10 wiedzie stąd dalej na wschód, przez park narodowy – ale taka wizja podróży mnie lekko straszy, bo ponoć łatwo się tam w jakieś nieprzejezdne po deszczach szlaki wkręcić, a potem weź, mądralo, wracaj ileś kilometrów po lasach… Ostatecznie żegnam się grzecznie, wskazuję Niemce, którędy dojedzie do swojego hotelu, i jadę szukać pola namiotowego.

Ośrodek Sportu i Rekreacji i wchodzące w jego skład pole namiotowe „Słoneczne” to dość miła miejscówka, poza – jak się nazajutrz rano okazało – prysznicami z błyskawicznie kończącą się ciepłą wodą. Melduję się, rozbijam namiot, jadę w krótkie odwiedziny do Aili na jej obozie tanecznym, w międzyczasie robię mały popis na usteckich automatach, DanceManiaXie i stareńkim DDR 3rd Mix, pożeram kultową wielką zapiekankę z sosem czosnkowym, i pełznę spać.

Dzień 5: czwartek, 8 lipca 2010

Na początek dnia dostaję od Aili bojowe zadanie: zdobyć Lipton Ice Tea Green 1.5l. W Warszawie podjechałbym do dowolnego Reala czy Oszołoma czy nawet byle spożywczaka, zapłaciłbym 4.50-5zł i tyle byłoby zakupów. W Ustce – objechałem 6 (sześć!) sklepów, w żadnym nawet tego nie prowadzą, wreszcie w Lewiatanie upragnioną ice tea znalazłem… za 6 zeta. Chamstwo, draństwo, partactwo, drobnomieszczaństwo i muzyka ludowa.

Spotkana wczoraj Niemka ze znajomymi wyruszyła z Ustki w stronę Rowów, trasą R10 dla uniknięcia jazdy głównymi trasami – ja wybieram krótszą drogę, w stronę Słupska, by w połowie tej drogi skręcić na północny wschód, z zamiarem przebicia się w Bydlinie przez las na skróty. Wprawdzie trochę się gubię i nadkładam drogi przez Machowino-Kolonię, ale ostatecznie docieram do Karzcina i Lubuczewa, i jestem na głównej trasie. Moooże trochę zaoszczędziłem trasy… ale leśna piachówka nie ułatwiała szybkiej jazdy.

Po drodze – Żelkowo. Nieistotna miejscowość, poza nazwą! Żelki w Żelkowie są absolutnie niezbędne. Cthulhu stało się zadość.

W Główczycach robię eksperyment: odbijam na północ, trasą R10 znowu, na Izbicę i Gać. Z Gaci zaś – jakkolwiek to brzmi – przez Słowiński Park Narodowy prowadzi żółty szlak turystyczny, zwany „Szlakiem Południowym” czy „Szlakiem Słowińców”, a nim właśnie biegnie R10. Leśny trakt nieźle utrzymany, chłodny, wygodny, i o wiele krótszy i zdrowszy od jazdy przez Wicko.

Łebę znam już prawie na pamięć – moje ulubione pole namiotowe „Stella” jak zwykle dostępne (choć ma od przyszłego roku być może zostać przerobione na pawilon z pokojami, i już namiotowiska nie będzie – będę musiał się upewniać telefonicznie, jakbym znów jechał). Drewniana wiata salonu gier „Lider” wyrosła w wymurowany i (jednostronnie) otynkowany budynek z klubem Just! na piętrze. Atakuję go więc… i do jutra robię w zasadzie to samo, więc całą Łebę opiszę jutro.

Dzień 6: piątek, 9 lipca 2010

Cały dzień spędzam na przepuszczaniu kasy na nowiutkim PIU Fiesta wmontowanym w obudowę od PIU NX2, w towarzystwie Rocketa (który już się mnie spodziewał, śledząc mój progres na blipie) i sympatycznej Kasi obsługującej rozmianę pieniędzy i też z powodzeniem próbującej swych sił na automacie.

Hajlajt dnia: ukryty komunikat na flipperze. Otóż pinball „Star Wars Episode I”, poza sezonem stojący zwykle w warszawskiej Galerii Mokotów, ma – nie wiem jakim sposobem! – wkodowany przez kogoś komunikat, po polsku. Wciąż stoi moja oferta postawienia piwa pierwszej osobie, która powie, co lubi autor tegoż komunikatu (gdyż brzmi on „LUBIE ______ _ ________”). Z początku powątpiewam w Kasi rewelację, podejrzewając, iż odczytała niechcący jakieś wyświetlane teksty na ekranie bez odbicia od szyby automatu i uległa jakiemuś złudzeniu. Gdy jednak napis wyskakuje, jako ten wół, na sam środek ekranu, dołączam do grona tych, którzy nie uwierzyli, ale ujrzeli. Tylko biedny Rocket do końca swej wizyty nie dostępuje zaszczytu ujrzenia świętego napisu…

Automat ów, swoją drogą, został tego dnia bardzo dokładnie wypucowany przeze mnie i Kasię. Dotąd nie miałem okazji gmerać w otwartym pinballu, więc miałem dodatkową techno-frajdę. A ile się sypało dwuznacznych tekstów, o gmeraniu palcami w szczelinkach i nie tylko, to już inna historia… Summa summarum maszynka została pozbawiona kilkuletniej warstwy brudu, otrzymała nową gumkę między dwoma wspornikami gdzieś po prawej stronie (ze spinki do kabli) i w ogóle zaczęła niemalże lśnić.

Drugi hajlajt: bohater drugiego planu. Jestem wredny, wiem. Rodzice robią zdjęcia swoim pociechom na PIU, a ja stoję gdzieś w tle, na pewno widoczny w kadrze. Sęk w tym, iż ich aparat robi anty-czerwonookie błyśnięcie sekundę przed właściwą fotką – zatem za każdym razem, po wstępnym błysku, na moment robię możliwie najbardziej kretyńskie miny. Gdy ci państwo będą komisyjnie przeglądać fotki z wakacji, ujrzą moją wyszczerzoną paszczękę na niemalże każdej fotce z tej serii. Chyba będą musieli mnie fotoszopem wymazać, albo co…

Łażąc (po raz pierwszy podczas tej wycieczki) po plaży zauważam nieciekawy trend. Może nic nowego, ale rzadko po plażach łażę, więc nie mam okazji obserwować. Oto w rodzinnym grajdołku baraszkuje trójka mieszanej płci dzieciaków, lat 3 czy 4, zupełnie gołych. To dzieci, im wolno. Niedaleko dziewczynka, lat może i 10, biega sobie w samych majtkach, choć powoli zaczyna się tu i ówdzie zaokrąglać. To też jeszcze dziecko, jej wolno, spoko. Ale tuż obok mamusia przebiera góra 2-latkę, i ledwie zdąża zdjąć jej koszulkę, to już szybkim ruchem łapie gotową uciec w piach córeczkę, by z ewidentnym pośpiechem założyć jej mikroskopijną górę od kostiumu. Litości – od jak wczesnych lat będziemy wpajać pociechom, że ludzkie ciało trzeba koniecznie w każdej chwili wstydliwie zasłaniać? Za moich czasów dzieciaki ubierało się od momentu, gdy zaczynały się rozwijać – czyli top od kostiumu zakładało się, gdy już było co nim zasłaniać, po prostu. O tempora, o mores…

Intensywnie skacząc na automacie, wiadomo, się pije. A jak jest ponad 30°C, to pije się całkiem sporo. Wczoraj zdziwiłem panią ze spożywczaka, kupując – w może półtoragodzinnych odstępach – trzy butelki Żywca Zdroju. Dzisiaj poprawiam wrażenie kupując po prostu 5-litrowy baniaczek. Ludzie jakoś dziwnie na mnie patrzą, gdy stopniowo wypijam go podczas całego dnia skakania. To przecież zdrowo…

Dobra, nastaje wieczór, pomagam posprzątać, i obserwuję z fascynacją, jak pan Henio – znany ze zdolności sprzedawania ropy Arabom i lodów Eskimosom – wkręca dwu mocno podchmielonym dziewczynom, iż za zagranie na jakichś wyścigówkach dostaną w nagrodę piwo. I dostają… swoje własne, zarekwirowane im przez Henia na wejściu do salonu! Szacuneczek.

Łeba to zdecydowanie nie Ustka czy Niechorze – night life trwa spokojnie do 2 czy 3 w nocy i składa się na rozmaite disco-techno-house’owe kluby (a nie wszechobecne disco polo), większość „strefy wczasowej” czyli wszelka gastronomia, rozrywka, sklepiki takie, owakie, stoiska z badziewiem itd. wiedzie wzdłuż paru nadmorskich ulic i nie koliduje z jakimikolwiek normalnymi dzielnicami mieszkalnymi (jak np. w Ustce, gdzie zaraz przy promenadzie trafia się między odrapane kamienice pełne zblazowanych i nierzadko agresywnych lokalnych dresów) – sumarycznie jest tu bardzo przyjemnie, choć trochę drogo.

Jeszcze tylko parę pamiątkowych fotek z Kasią i zmykam spać. To był długi i owocnie spędzony dzień.

Dzień 7: sobota, 10 lipca 2010

Wyruszam z Łeby do Władysławowa, wedle ostatnio ustalonej trasy. Ekipa z salonu pożegnana, manatki spakowane i pruję, w niemiłosierny już o 10 rano, upał.

Nie ujeżdżam daleko, gdy dostaję SMSa z informacją, iż właśnie w Karwi – przez którą planuję przejechać – na krótko stacjonuje Monika, moja kumpela z liceum. Z miłym spotkaniem w perspektywie nudna 60-kilometrowa trasa mija szybko, sowicie zasilana wszelkimi płynami, jakimi udaje mi się walczyć ze skwarem.

W Karwi po raz pierwszy od 3 lat jeżdżenia nad morzem zostaję namówiony do rozpłaszczenia się na plaży. Przy tej okazji popisuję się antytalentem pedagogicznym i daję dzieciakom Moniki zły przykład (jak ktoś ma prawo osypać piaskiem i ochlapać wodą ich mamę, to one też mogą, prawda?). Spędziwszy w towarzystwie niesfornej dzieciarni upewniam się w swoim stanowisku – dzieciaki poniżej 10 roku życia to nie moja materia.

Nieubłaganie zbliża się wieczór i muszę mknąć do Władka – okropną, brukowaną drogą. Dlaczego tak atrakcyjnej wczasowo gminie dotąd nie zechciało się drogi Karwia-Jastrzębia Góra-Władysławowo porządnie wyasfaltować, tylko są to zafajdane kocie łby? Docieram jednak sprawnie na “Pomarańczowe” pole namiotowe, wypraszam miejscówkę na jedną noc (generalnie w szczycie sezonu jednonocnych nie chcą dawać, preferując duże rezerwacje rodzinne na wiele dni – ale gdy zapewniam, że nawet mogą mnie w środku nocy przekwaterować gdzieś pod płot, byle było gdzie namiot rozbić, litują się nad wędrownym rowerzystą) i wyruszam na podbój władysławowskiego najtlajfu. Władek pod tym względem spokojnie z Łebą idzie łeb w łeb (łebski zabieg językowy, prawda? wręcz załebisty!… przepraszam) – kluby i inne punkty rozrywkowe funkcjonują do grubo po północy, imprezowicze kręcą się po uliczkach lokalnego “centrum”, żyć, nie umierać. Robię furorę na DanceManiaXie, w uznaniu moich zasług dostaję dwa gratisy… i ściszenie automatu, bo przeszkadza spokojnemu pubowi obok; pfff! Za to PIU na Morskiej ma zepsutego Csikos Posta i się wiesza po jego wybraniu, o.

Dzień 8: niedziela, 11 lipca 2010

Wstaję wcześnie, może za wcześnie, ale 8 godzina to w sam raz, jeśli mam zdążyć na tramwaj wodny z Helu. Pedałuję sobie zatem dziarsko, wjeżdżam na mierzeję… i gdzieś na wysokości Chałup wyliczam, że w tym tempie będę na Helu jakoś przed 14, a tramwaj mam koło 18… Zanudzę się, jak nic! Sympatycznego pana strażnika któregoś z chałupskich pół surfowo-kempingowych pytam o mapę okolicy – tej nie posiada, lecz w zamian dostaję pełny ustny opis odległości między okolicznymi miejscowościami – i tak dzisiejszy plan zostaje zmodyfikowany: wracam do Władka, a stamtąd zasuwam wzdłuż Pucka na Gdynię. Do tego jeszcze jeden telefon – i plan wzbogaca się o ostatnią już atrakcję: Karwia #2. Tak oto zostaję namówiony do doszczętnego wytaplania się w wodzie, też po raz pierwszy od 3 wizyt nad morzem.

Gdy Monika z dzieciakami udają się na popołudniową drzemkę, ja pakuję manatki i w przemożnym upale – 37’C w powietrzu, czy coś takiego – ruszam na Gdynię, via Reda. Tym razem słońce naprawdę nie zna litości, i muszę co chwilę oblewać się wodą (przezornie taszczę resztkę 5-litrowego baniaka), żeby nie paść. Życie ratuje mi spory odcinek drogi szybkiego ruchu, czy czegoś podobnego, gdzieś w okolicach Redy – szerokie pobocze poprawia komfort rowerzysty, a prujące obok samochody zapewniają pęd powietrza: przez prawie pół godziny rzadko schodzę poniżej 30 km/h, dociągając na nielicznych pochyłościach do 50 km/h. Troszkę niebezpiecznie, ale kilometry na drogowskazach zaczynają łaskawie znikać.

Mijany termometr wskazuje temperaturę asfaltu 42’C, powietrza 35’C. Znaczy, temperatura powietrza wokół mnie jest gdzieś pomiędzy… Ale oto i Gdynia, oraz dworzec. Uff. Kupioną na miejscu dużą, zimną mineralkę prawie całą wypijam duszkiem, z perwersyjną przyjemnością obserwując powoli opadającą szczękę pani w kiosku. “Chciało się panu pić”, zauważa błyskotliwie. Ja zaś spokojnie siadam w “poczekalni” – skądinąd to piękna nazwa dla 8 plastikowych fotelików, zainstalowanych tak, iż stopy dyndają mi centymetr nad ziemią – i jakieś dwie godziny nudzę się jak mops, ale jestem zbyt zmęczony, by jechać gdzieś na obiad czy generalnie się intensywnie ruszać.

O godzinie 20-coś podjeżdża mój pociąg… na inny peron, niż miał podjechać. Dotąd nic jednak nie zapowiada hec, jakie się w nim wydarzą! Chrzaniąc przepisy taszczę bagaże i rower przez tory – jakiś kolejarz mnie obserwuje, ale na szczęście nie protestuje. Pociąg mam typowo “kolonijny” – parę wagonów sypialnych, jeden czy dwa wagony totalnie zarezerwowane, i jeszcze ze dwa normalne. Znajduję końcówkę wagonu normalnego, gdzie dalej podpięte są sypialne; do sypialnych przejścia nie ma, więc nikomu nie będzie przeszkadzał rower troszkę zawadzający w przejściu. Tu spotyka mnie niespodzianka: w poprzek drzwi, tak na chama, zamocowany jest jakiś stary złom rowerowy sprzed 15 lat przynajmniej. Właściciela nie widać, więc swój bicykl – prawidłowo – przypinam pionowo do poręczy koło drzwi, tak, by nie przeszkadzał, a bagaże biorę na plecy i… zanoszę je tylko o wagon dalej, gdzie się okazuje, iż nie ma szans na jakiekolwiek miejsce siedzące, pociąg zapchany doszczętnie. Cóż, siadam w korytarzu na zwiniętej karimacie i śpiworze, nie w takich warunkach się jeździło. W międzyczasie, oczywiście, melduję się jadącej w sypialnym Aili i jej koleżankom – gdy ja znoszę dalsze przygody korytarzowe, dziewczyny w swoim wygodnym przedziale raczą się winkiem, no co za niesprawiedliwość!

Pociąg rusza, z planowym opóźnieniem o prawie pół godziny. Czemu? Bo dopiero dostawiono wagon do Odessy, a ten pociąg miał być przestawiany na peron 4, i tam czekał ten wagon, ale komuś się popieprzyło, i teraz muszą go odstawić aż gdzieś tam, i dopiero stamtąd cośtam cośtam – tyle udaje mi się wycisnąć z konduktora. Siedząca obok mnie na swoim plecaku nastolatka biadoli, ze zrezygnowanym sarkazmem, iż wsiadła w ten pociąg, chcąc dojechać do… Gdańska. 20 km dalej, czy coś w tym stylu. W międzyczasie odjechały przynajmniej dwa osobowe w tym kierunku, ale jak się już wsiadło, to przecież głupio wysiadać… No, dobrze, że jedziemy.

Ujeżdżamy parę kilometrów… hamujemy… i wracamy. Co, u czorta..? Znów przyjazny pan konduktor wyjaśnia, iż… zapomniano jakiegoś wagonu dla kolonistów, którzy – dość zdumieni – pozostali na innym peronie. Aili w sąsiednim wagonie umiera ze śmiechu. Ludzie w międzyczasie wysiadają i spacerują sobie po peronie; jeden przedsiębiorczy młodzian wyjmuje z wagonu dużą tabliczkę informującą o jego relacji, prosi przygodnych współpasażerów o zrobienie mu z nią zdjęcia (przy czym szczerzy się w tak rozbrajającym uśmiechu szaleńca, iż jego głupawka trochę się udziela i atmosfera odrobinę rozładowuje). Ot, folklor. Dobra, wreszcie ruszamy. Jadąca do Gdańska współpasażerka nie wie już, czy się śmiać, czy płakać – bo oto nasze opóźnienie zwiększa się do ponad godziny. Tak, do Gdańska autobusem byłoby szybciej. Ba, ja rowerem na pewno byłbym już na miejscu…

Pociąg się toczy, wentylacja marna, resztki dziennego upału wciąż doskwierają… a tu z jednego z przedziałów wyłania się jakaś pani, ciężko spocona i jeszcze ciężej wnerwiona, i – przepychając się przez ludzkie zewłoki tarasujące korytarze – rusza na poszukiwanie kierownika pociągu. W jakiej sprawie? Otóż aby… wyłączył ogrzewanie w jej przedziale, gdyż dźwignia normalnie sterująca temperaturą zdaje się być przez system grzewczy ignorowana. Kto w taki upał w wagonie włączył grzanie pozostanie tajemnicą, gdyż wezwana tęga pani kierownik bez słowa otworzyła panel kontrolny, pogmerała, zamknęła i sobie poszła. Chyba pomogło – chyba, że ogrzewanie jeszcze podkręciła i pasażerowie się upiekli, tego już nie wiem.

Mijają godziny półsnu w dziwnej pozycji, zaczyna świtać. Skądś do wyjścia przepycha się jakiś starszy pan z żoną, obładowani tuzinem różnego rozmiaru tobołów, siatek, paczek i worków. Nie zwróciłby mojej uwagi zanadto, gdyby nie ich krótka kłótnia na peronie, o jakiś rower, który na skutek zaniedbania czy opieszałości ze strony żony jegomość decyduje się zostawić w tym pociągu. Szybko jednak zmienia zdanie i rusza zmęczonym biegiem w stronę wagonu, w którym przypiąłem swój sprzęt. Tknięty przeczuciem wyskakuję z pociągu i już za chwilę oczom mym ukazuje się nieciekawy widok: otóż właściciel “złomu” właśnie próbuje wytargać go na siłę z wagonu, nie dbając zanadto o to, że najpierw szarpie za mojego dwukołowego rumaka, próbując go (niepotrzebnie) usunąć sobie z drogi! Sfrustrowany, mało wybrednymi słowy odpędzam dziada od obu rowerów, odpinam mój sprzęt, który w tej chwili i tak wisi już tylko na jednym z dwóch zapięć, jakimi go obdarzyłem, przemieszczam do toalety i oceniam zniszczenia. Nie jest ciekawie; przedni hamulec zwisa bezwładnie, linka od tylnego pałęta się luzem… Po cholerę się, wieśniak pieprzony, szamotał, skoro mógł swój złom spokojnie wysunąć zza mojego? Ech. Na szczęście oba hamulce dają się, po chwili kombinowania z linkami, prowizorycznie zreperować. Oby chamowi żona dożywotnio zrzędzić nie przestała, psiakrew. Dobra, zostawiam rower w kiblu i wracam na swoją “miejscówkę”.

Finał

Ostateczny, wnerwiający akcent jednak nie jest w stanie zmącić mi humoru na dłużej – 500 km w nogach, kilka pasących moje ego “występów” na rozmaitych automatach, parę znajomości odświeżonych, parę nowych zdobytych… Do zobaczenia za rok, Bałtyku!

CategoriesOutdoorsTags

baltyk


1. => Rowerem wzdłuż Bałtyku 2010
<>,

rower


1. => Rowerem wzdłuż Bałtyku 2010
<>,

wycieczka


1. => Rowerem wzdłuż Bałtyku 2010
<>
cloud: accor:

Group1

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Connect with Facebook

Security Code: