Ridley Scott przedstawia: Maximus Hood

Ridley Scott wziął się za legendę Robina z Sherwood z ambitnym planem przedstawienia znanego wszystkim bohatera jakoś inaczej niż zwykle. I co? I figa, niestety. “Robin Hood”, aktualnie w kinach, nie jest zgrabnym, świeżym spojrzeniem. Jest… czymś. Nie wiem do końca, czym. Ale nie jest to coś udanego.

Rozpoczynanie recenzji filmu od nawiązania do innego filmu to podobno okropna praktyka. Jednak w tym przypadku nie będę się trzymać krytykanckiego bon tonu i spytam: kto z szanownych czytelników oglądał film “Król Artur“? Kto nie oglądał, tego wiele nie zaspoiluję, można czytać. Mityczny Artur okazał się rzymianinem Artoriusem, który faktycznie stanął po stronie Brytów, czarownik Merlin był szamano-przywódcą Piktów, za to żadnych Avalonów, Pań Jeziora i innych “cudów” nie uświadczono. Ot, “jak to mogło być ‘naprawdę’, odarłszy człowieka (nawet jeśli nadal fikcyjnego) z mitu”.

Scott wziął się za postać podobną i – chyba – chciał rozegrać dokładnie tę samą partyjkę. Pokazać zwykłego człowieka, nawet nie szlachcica, który na skutek buntowniczej natury (i/lub jakichś wydarzeń niezależnych) zostaje wyjęty spod prawa i partyzanckimi metodami walczy z wszelakimi przejawami tyranii. Zrezygnować z romantycznych wizji “wesołej kompanii” mieszkającej sobie beztrosko w lesie i od niechcenia czasem zwracając ludziom świeżo zgarnięte z nich podatki, a zamiast tego pokazać trudy życia banity i tak dalej. Jednak zamiast robić ciężkawego klimatem “Robina dla dorosłych”, co poniekąd stanowiło główny smak “Króla Artura” – z zaciekawieniem obserwowało się reżyserskie sugestie przyziemnej genezy różnych znanych kawałków mitu – Scott cofnął się w wydarzeniach i zaserwował “prequel”.

Zatem jak, według Scotta, Robin został Kapturem? Będą spoilery, ale mam zamiar tu przestrzec przed oglądaniem tego filmu, więc dalej czytamy na własną odpowiedzialność.

Otóż, niespodzianka… Nie został. Był łucznikiem, nie lubił króla Jana, wziął udział w jakiejś politycznej przepychance i bitwie… i tyle. Raz, jeden jedyny raz, na chwilę wystąpił motyw kaptura, czy oddawanie pieniędzy z podatków. Potem było politycznie, i jeszcze bardziej politycznie, trochę batalistycznie, główne role odgrywały wszelkie inne postacie, ale nie nasz dzielny Robin… i na koniec mamy Robina absurdalnie ogłoszonego banitą za “wsławienie się” (czyt.: pomachanie chwilę mieczem i niewyróżnienie się niczym specjalnym) w bitwie po stronie króla Jana. Czyli co konkretnie robi nasz bohater? Przywozi wieści o śmierci króla, przywozi do Loxley powierzony miecz, odbija jeden transport podatkowego ziarna, przypomina sobie polityczne wystąpienia swojego ojca, bierze przeciętny udział w jednej bitwie… I KONIEC. Cała reszta scenariusza rozgrywa się zupełnie poza kontrolą i w ogóle poza obecnością Robina.

Czyli, w skrócie, legenda Robina z Sherwood – według Scotta – wygląda następująco: jakiś Robin, zupełny nikt, mrukowaty i średnio sympatyczny, przyjeżdża do czyjejś posiadłości, wyświadcza osobistą przysługę, po czym – trach! – zostaje banitą i staje wraz ze znanymi wszystkim kompanami na czele zgrai nieletnich sierot (!) mieszkających w lesie. Że co? Dlaczego? Nie wiadomo. Jak tak ma wyglądać interesująca wizja “człowieka za legendą”, to jakoś średnio to porywające. Chyba, że Scott chciał powiedzieć “NIE MA legendy, hahaha, gostek był nikim a legendę dorobiono”…

Pozwolę sobie ująć to jeszcze inaczej: ciężkozbrojny mrukliwy wojak rzuca (osobiście, a jak!) wyzwanie królowi ciemiężącemu ludzi, w międzyczasie siejąc zboże. No i za co dostaje wciry, za wybitne zasługi? Nie, za to, że jest popularniejszy od władcy. Co to oglądamy, Gladiatora? Nie, Robina. No niespodzianka…

A teraz poczepiam się już szczegółowo.

Robin spędza w Loxley ile, dwa dni, i to spędzone na gadaniu ze staruszkiem i zwiedzaniu włości? Po czym “Kocham cię, Marion”? Z jakiej paczki?

Wokół wsi pałęta się podejrzanie zorganizowany “gang” sierot, kradnących zboże (gdzie oni to zasieją, w lesie??). Ich “przywódca” nosi wielokrotnie pokazywaną na zbliżeniach maskę, pod którą coś niezrozumiale pomrukuje. I co? I nic. Nie wiadomo, kim ten chłystek był, po cholerę się dzieci wyniosły ze wsi do lasu (może im tam mniej śmierdziało, albo co?)…

Robina nikt nie znał po imieniu, tożsamość Roberta z Loxley przyjął bardzo szybko. W epilogu zaś wszyscy już wiedzą, że Robina Longstride’a wyjęto spod prawa. Krój Jan ściągał ze scenariusza, ani chybi.

Sama postać Robina została kuriozalnie przetransformowana. Robin był przede wszystkim fenomenalnym łucznikiem, prawda? Otóż w tym filmie Robin strzela z łuku – tak konkretnie – TRZY RAZY. Dwa do tego samego człowieka: za pierwszym razem tylko go drasnął, to potem poprawił. No, trzeci strzał jest wreszcie “popisówą”, osobistym przybiciem (absurdalnego, jak powyżej) listu gończego do drzewa. Poza tym w ciężkiej kolczudze zamiata mieczem i młotem bojowym. Dalej, wedle wszelkich wersji legendy Robin był postacią wesołą i rezolutną, górował nad ciężkimi i głupimi przeciwnikami sprytem i zręcznością. A tu Robin nie jest ani trochę zręczny, ani trochę błyskotliwy, ba, sam jest ociężały zarówno fizycznie, jak i chyba umysłowo (jak można, jeszcze w wieku ok. 5 lat znając swojego ojca i rodzinne strony, w wieku ilu, 30, już niczego nie pamiętać?)… To po co on się jeszcze w ogóle Robin nazywa? Jeśli to miała być jakaś taka Mroczna Strona Robina, to chyba nie tędy droga.

Marion w kolczudze i hełmie jedzie do boju w asyście dzieci. Szkoda, że nie na jednorożcu, dopełniłoby absurdu.

A, przepraszam, mamy i jednorożca: Francuzi dokonują desantu na ląd na łodziach desantowych z otwieranym przednim trapem, wedle pomysłu Japończyków z 1938 roku, zaadaptowanego przez brytyjską marynarkę jako Landing Craft Assault.

W ogóle nad wszystkim królują zadziwiające zbiegi okoliczności. Robin sam nie wie, skąd się wziął, ale otrzymany miecz okazuje się należeć do przyjaciela jego ojca, bo Robin – jak się okazuje – pochodzi ze wsi o rzut beretem od Peper Harow w Loxley. Niczego z tego jednak nie pamięta, nawet tego, że jego ojciec był aktywistą politycznym i został publicznie ścięty. Trauma mogłaby to wyjaśnić, ale nić zaczyna nam podejrzanie grubnąć… Jeżeli bierzemy się za przedstawianie “realistycznej podstawy” pod legendą, to takich właśnie “zbiegów okoliczności”, “amnezji” i niemalże “zaginionych dziedziców” wypada się wystrzegać jak ognia.

No to co było “znajomego i fajnego”? O dziwo wszystko, tylko nie Robin. Rosły Mały John, rzadko trzeźwy brat Tuck, rosochaty Will Scarlet ganiający za wszystkim co ma cycki – oto postacie rozpoznawalne, choć sensownie “użyciowione”.

Robin? Zupełnie nie-Robin.

cloud: accor:

Group1

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Connect with Facebook

Security Code: