“Piaski Czasu” wreszcie na dużym ekranie

Na ten film czekałem od dobrych 3 lat, gdy tylko po raz pierwszy go zapowiedziano. Czy spełnił oczekiwania?

I tak, i nie, odpowiem przewrotnie, choć od razu zapewniam, że zdecydowanie bardziej tak niż nie. Spojlerów nie będzie ponad rozsądny recenzyjnie limit, zatem można się nie obawiać.

Film na podstawie gry – to dość niełatwe wyzwanie. Trzeba bowiem zadowolić zarówno kinomanów (przyszli do kina na film, a nie na grę, często nawet o grze nie mają pojęcia i trudno od nich tego oczekiwać), jak i zapalonych graczy (którzy przyszli zobaczyć zekranizowaną grę, ale ma to być film, a nie klon gry, bo tę to mają w domu). Dlatego też na ekranizatora gier czyha cała seria pułapek, niekiedy niemniej podstępnych od wyskakujących ze ścian ostrzy.

Przede wszystkim – bohater. Wiele gier bohatera głównego ma małomównego lub “przezroczystego” (ba, w pewnych gatunkach gier nawet dosłownie, khm) – takiego zekranizować nie jest trudno, wystarczy sensowny mięśniak czy seksowna laska i bohater(ka) jak ulał. No, chyba, że postawi się na ładną, ale kiepsko nadającą się do rozstrzeliwania hord zombie Millę Jovovich. Książę jednakże był w grach postacią zdecydowanie wyrazistą – i temu, podziękujmy wszelkim bogom, Jake Gylenhaal sprostał bardzo ładnie. Nie wybitnie, ale bez zarzutu. Trochę więcej determinacji, a mniej uroczej bezradności, i byłoby idealnie.

Oczywiście w “klasycznym” scenariuszu przygodowym bohaterowi musi towarzyszyć piękna dziewoja. Najlepiej, jeśli będzie do tego tajemnicza i w istotny sposób związana z głównym scenariuszem. Miks Fary i Kaileeny, księżniczki i strażniczki Piasków, był dobrym pomysłem – jednakże mało znana Gemma Arterton wciela się w tę rolę raczej drewniano. Sypie (nomen omen) paroma pseudo-błyskotliwymi tekstami, ale nie “wali” od niej przeznaczenio-mrokiem, którym z powodzeniem by mogło.

Schodzimy na dalszy plan. Bohaterowie poboczni w grach zazwyczaj są “słupami”, do których gracz może się zwrócić w jakimś celu – popchnięcia scenariusza naprzód, dostarczenia cennych informacji, albo po prostu wspomożenia bohatera w walce. Dodatkowy atut stanowi zwykle rozwinięcie ich postaci, by nie byli tylko manekinami do poklikania, ale mieli swoje historie, motywacje i wątki scenariuszowe. O ile jednak w grze jest na to czas, gdyż trwać może ona nawet i sto godzin – o tyle w filmie trzeba o wiele ostrożniej balansować między kartonowymi “umieraczami” a ukradzeniem ekranu bohaterom głównym. Mistrzowska kradzież to też nic złego – popatrzmy na “Piratów z Karaibów”, gdzie Jack Sparrow miał ewidentnie być bohaterem drugoplanowym, i co z tego wyszło? – ale odebranie uwagi Księciu to nie byłby dobry pomysł. Zatem po co tyle uwagi poświęcono pustynnemu “biznesmenowi”? Po co wprowadzono (wraz z wytłumaczeniem!) czarno odzianych przeciwników z drugiej połowy filmu? Po co całą szczegółową sekwencję solowej walki poświęcono zupełnie pobocznemu czarnoskóremu bohaterowi? Taka próba zapełnienia ekranu sporą liczbą bohaterów, przy ograniczonym godzinowo formacie, kończy się “szarpanym” scenariuszem, skaczącym od postaci do postaci, od sceny do sceny. I tu, niestety, tak trochę ma miejsce.

Scenariusz, dotarliśmy do scenariusza! Cóż tu dużo mówić: to ekranizacja Piasków Czasu, więc jest znalezienie tajemniczego sztyletu, odkrycie jego właściwości, jest zły knujmistrz planujący Piaskami zawładnąć, jest wielki finał i oczywiście niejedno popisowe cofnięcie fragmentu czasu. Jednakże można było pokusić się o pozostawienie znacznie większej dawki specyficznego baśniowego “błękitnego lśnienia”, tak zgrabnie w pierwszej części gry oddzielającego pustynno-szaro-żółto-piaskowe sekwencje “mroczne” od tajemniczych, fascynujących sekwencji “mistycznych”, symbolizowanych w grze a to przez otoczoną świecącymi klejnotami fontannę, a to przez powiewające tu i ówdzie muślinowe kotary… Niestety, w filmie jest cała masa (bardzo dobrze rozegranych, żeby nie było!) sekwencji piaszczystych, a baśniowości – choć swego czasu Disney w tym celował niedoścignienie – jakoś niedużo. Za to jedno, choć dość istotne, zagranie scenariuszowe mnie nurtuje (ale tu czas na spoilera – zaznaczamy, by przeczytać): po jakiego grzyba Książę był adoptowany, skoro zupełnie nic z tego nie wynikło? Toż mógł spokojnie być księciem pełnej krwi… Taki “dodatek dla nacisku na przeznaczenie”? Mnie nie przekonał.

Grafi- tfu, chciałem powiedzieć: zdjęcia – w cyfrowym medium przezentują się naprawdę świetnie. Praca kamery jest dynamiczna, płynna, są klasyczne ujęcia na pojedyncze akcje (stopa na ścianie, ręka na rękojeści, zbliżenie na lecący nóż), wszystko prawidłowo. Ja osobiście przyczepię się troszkę – sekwencje akcji w “Piaskach”, dla utrzymania klimatu manipulowania czasem, wielokrotnie posługują się spowolnieniami, które jednakże nie zostały nagrane z większą niż zwykle ilością klatek na sekundę… przez co nierzadko widać “skaczące klatki”, gdy czyjś miecz na spowolnieniu śmiga o milimetry od czyjejś szyi. Zabrakło tej “matrixowej” precyzji i płynności w kręceniu takich ujęć, a przecież ewidentnie o takie odczucie chodziło.

Było o optyce, to i fonię wypada omówić. I tu, niestety, nie ma za dużo do powiedzenia: muzyka… jest. Jest stylizowana na uwspółcześnione brzmienie orientalne, jest dynamiczna, ale nie porywa. Nie jest to jakaś zupełna pomyłka, jak Godsmack w “Duszy Wojownika”, ale – z całym szacunkiem – soundtrack z gry “Piaski Czasu” to to nie jest. A już utwór na napisach końcowych to popis nijakości, do “Time Only Knows” nie mający żadnego porównania.

Na plus należy zaliczyć zdecydowanie dobrze dozowane “bonusy” dla graczy – puszczanie oka dla weteranów pierwowzorów to zawsze dobry pomysł w ekranizacjach, ale nie wolno z tym przesadzić (jak z winietkami kolejnych “leveli” w pierwszym “Resident Evil”). Mamy więc słynny oblot kamerą nowego terenu wraz ze zbliżeniami na istotne elementy wyposażenia. Mamy – niby typowe w parkourze, ale jednak dość charakterystyczne w tym przypadku – sekwencje biegów po wystających ze ścian drągach czy nawet wzdłuż ścian (ale bez przesady), mamy zjazd pomiędzy pobliskimi ścianami, ba, jest nawet wbieg pionowy na ścianę, ale z uroczym “kruczkiem” neutralizującym grożący wskaźnik absurdu. Mamy też “speed kille”, w których bohater matrixowo zamiera w skoku nad przeciwnikiem, by zadać szybki celny cios i jest pozamiatane. Jednak film bynajmniej nie jest oparty na samych takich smaczkach – i bardzo dobrze, bo, obrazowo mówiąc, samym glutaminianem sodu najeść byłoby się trudno.

Sumarycznie? Jak na ekranizację gry jest wyśmienicie; w otoczeniu takich produkcji jak kiczowaty (ale za to przecież lubiany) “Mortal Kombat” (nie licząc coraz fatalniejszych sequeli), słaby “Resident Evil” (jak wyżej), czy nawet wcale nie taki zły “Silent Hill” – i nie, nawet nie wspomnę wiecie-o-kim! – “Piaski Czasu” zdecydowanie wyznaczają nowy poziom, udowadniając, że na hasło “ekranizacja gry” nie trzeba dostawać nerwowych drgawek. Jak na film sam w sobie jest dobrze, ale nie wybitnie. “Książę” miał potencjał być czymś o wiele głębszym (w symboliczny, baśniowy sposób, oczywiście) niż kolejną “Mumią” w nowych realiach. Jest to porządnie zrobiony, odprężający film akcji – ale w fotel nie wciska i potencjału growych “Piasków Czasu” nie wykorzystuje w pełni.

Teraz tylko pozostaje mieć nadzieję, że zarobi na siebie i umożliwi nakręcenie sequela 🙂

cloud: accor:

Group1

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Connect with Facebook

Security Code: