Harry Potter i Insygnia Nudy

ZIEEEEEEW. Właśnie wróciłem z nowego HP7, i przede wszystkim… boli mnie szczęka. Od ziewania. Metaforycznego, więc i boli metaforycznie, ale zawsze. Niestety, odcinek 7.1 jest po prostu masakrycznie nudny.Wyznawcy “książkowej poprawności” zaraz powiedzą, że ostatnia książka to był de facto materiał na półtora filmu, tak na oko licząc, bo w jeden by się nie zmieściła (trzeba byłoby za dużo obciąć, a to jest niu-niu), a dwa to “jakoś się wypełni”. Niestety ja koncertowo gwiżdżę na poprawność polityczną i zgodność z oryginałem, jeżeli efekt okazuje się nieciekawy. Z dwojga złego wolę książkę zekranizowaną kreatywnie a ciekawie, niż wiernie i nieciekawie. Nie każda książka bowiem nadaje się do wiernej ekranizacji.

Co czeka nas w HP7? Przed spoilerami chyba ostrzegać nie muszę… Pierwsze sceny są kręcone jakoś dziwnie skrótowo i na chybcika:

– Bohaterowie wymazują się z historii. Bez wstępu, bez zgrabnego przypomnienia “o co tu chodzi” (ostatni film był ponad rok temu, czy muszę idealnie pamiętać ostatnie jego dialogi?), ot, “obliviate” i puste chałupy. Dramatu trochę zabrakło – tę scenę (skoro już mieli rozwlekać…) można było trochę wydłużyć.

– Gonitwy Wielu Harrych na wszystkim co lata. Moody nogami do przodu “na luzaka” na miotle, fajnie, ale scena mająca potencjał fajnej bitwy powietrznej (z wykrzykiwanymi ostrzeżeniami o nadlatujących przeciwnikach, wsiadaniem sobie na ogony, oskrzydlaniem, pętlami, klimat “Czerwonego Barona na miotle”) zostaje rozegrana szybciutko, prawie bez słowa, jakby się komu spieszyło. Pominięto, że to Snape upitolił ucho Weasleya (przypadkiem, celując w innego Żercę), oraz że Harry’ego nie rozpoznali przez Hedwigę, tylko przez to, że walczył rozbrajaniem, a nie zabijaniem i paraliżami (a tylko on byłby na tyle niechętny do zabijania nawet Śmierciożerców). Dwa najważniejsze elementy tej sekwencji – pominięte.

I to tyle co do akcji “za krótkich, za szybkich”. Odtąd są same za długie.

– Trójka wesołków penetruje Ministerstwo. Powoli, rozwlekle (po co komu dialogi o deszczu w gabinecie?), mało “mission impossible” a dużo komedii pomyłek – a przecież ten HP miał być poniekąd sensacyjny (hej, mamy pourywane uszy, ręce, trup się ściele gęsto, to nie jest film całkiem dla dzieci!).

– Wesele. Zaraz, czyje? Nie pamiętam poprzedniego filmu, dajcie mi spokój. Ciotka Rona? A kto to taki?

– Podróże pod namiotem. Długie sceny, długie dialogi… Jak to miało być rozwlekłe i obrazować upływające tygodnie (podczas których 17-letni Harry dorobił się lekkiego 3-dniowego zarostu, hiehiehie…), to należało zrobić montaż z podkładem muzycznym na minutę, a nie kwadrans bezsensownych dialogów-wypełniaczy. Nie wspominając już o tym, że nigdzie nie jest wspomniane, na jakiej podstawie nasi bohaterowie prowadzą owe poszukiwania! Ot, przenoszą się po całej Anglii, w nadziei, że kiedyś przypadkowo usiądą i skaleczą sobie tyłki o jakiś sterczący horkruks?

– Opowieść o trzech braciach. Naprawdę, trzeba było ją tu opowiadać w pełnej wersji, wraz z animowanymi postaciami? To nie film Burtona, żeby nagle karykaturalne ludziki się przeplatały w psychodelicznych obrazkach. Uwielbiam Burtona i jego stylizację, ale tu taka skądinąd ślicznie zaprojektowana sekwencja zupełnie nie pasowała (choćby dlatego, że wszędzie w serii HP wszelka magia jest zawsze mgiełkowo-eksplozyjno-“realistyczna” – w sensie, iż polega na interakcji z realnymi przedmiotami, a dotąd skutecznie unikała elementów ewidentnie animowano-rysowanych) – a do tego miała podłożony głos monotonnie czytającej Hermiony.

Co dało się wydłużyć, albo, do licha, UŻYĆ w ogóle? O, do wyboru, do koloru:

– Harry wielokrotnie gapi się w kawałek lustra, szkła czy czegoś. Przypominam: nie pamiętam książki za dokładnie, film nie powinien mnie zmuszać do jej znania na pamięć. Co to za szkiełko? Film nie mówi. Wcale.

– Tortury Hermiony. Hej, jak mamy obcięte ucho i Rona teleportującego się w kawałkach, to scenę tortur można było spokojnie rozwinąć, niech się dziewczyna więcej powydziera – coś mało i krótko się darła, jak na efekty cruciatusa. Dodatkowo dostaje piękną, choć mizernie kaligrafowaną, dziarę na przedramieniu – a potem myk i ważniejszy jest cierpiący skrzat niż świeżo wymęczona czarowniczka.

– Jak dobrze znamy Dumbledore’a. Dużo gadania o tym, że pewnie go wcale nie znamy, książka Rity wspomniana nie raz i nie dwa, ale ile go teraz poznaliśmy? Nic a nic! Poodbijaliśmy się od faktu nieznania przeszłości dyrektora i na tym poprzestajemy. E?

Niestety, ode mnie film ten dostaje 6/10. Nie uciekłem z kina, ale ekranizując tę konkretną książkę dało się DUŻO zrobić lepiej. Poprawić przepływ tempa akcji, o czym reżyser chyba w ogóle nie słyszał; wyciąć dłużyzny, rozwinąć pominięte wątki; dodramatyzować tam, gdzie dłużyzny trzeba jednak jakoś wcisnąć (więcej muzyki w tle! przez wiele długich scen podkładu nie ma wcale!); zadbać (dodatkowymi scenami, a co) o widza, który nie siedzi właśnie na “potterotonie” i nie jest na bieżąco z wydarzeniami.

Miejmy nadzieję, że HP7.2 będzie ciekawszy – treść, jaka przypada na następny film, jest zdecydowanie barwniejsza, więc rokowania są dobre. Z bieżącym jednak po prostu nie wyszło.

CategoriesKrytycznieTags

film


1. => Harry Potter i Insygnia Nudy
<>,

harry-potter


1. => Harry Potter i Insygnia Nudy
<>
cloud: accor:

Group1

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Connect with Facebook

Security Code: