Glina, woda i megaklapki

Podobno kto raz złapał bakcyla woodstockowego, ten jest stracony – będzie jeździć co rok, chyba, że (niestety) “wyrośnie” (czyt.: zgrzybieje). Ja jestem jeszcze całkiem dziarskim staruszkiem i nie mam zamiaru przestać jeździć – przynajmniej póki jest tak zajedwabiście, jak dotąd.


Zacznijmy od samego początku.

Jedzie pociąg… daleko

Na Woodstock, przede wszystkim, trzeba dojechać. PKP dostarcza w tym celu specjalne pospieszne, które wprawdzie jadą z różnych miejsc nawet i 15 godzin, ale przynajmniej dojeżdżają prosto do celu, bez niewygodnych przesiadek. Problem jednak w tym, że rok w rok pociągów tych jest za mało (pociągów przybywa, ale woodstockowiczów również), i z racji wszechobecnego ścisku zyskują miano “rzeźni”. Tym razem, na szczęście, nie było tak źle – w “dzień zero”, czyli czwartek, 30.07.09, o godzinie 6:20, udało mi się znaleźć zupełnie przyzwoite miejsca siedzące dla 4 osób. Pociąg też był niczego sobie – piętrus, z miękkimi obiciami foteli… Luksus, normalnie, biznesklas. Wprawdzie na sam dworzec Warszawa Gdańska musiałem dojechać z częściową pomocą taksówki, a na miejscu nie mogłem się skontaktować z współtowarzyszami podróży, gdyż Orange jakoś tajemniczo odmówił wszelkiego zasięgu – ale ostatecznie o 6:20 ruszyliśmy w trasę, wesołą czwórką w składzie: Asia z Grześkiem, oraz Syrenka i ja.

Grześ i Asia Syrenka

Co to ma być, oaza!?

Ruszyliśmy, a tu – pociąg nadal zapełniony samymi siedzącymi… Aż nie do wiary. “Rzeźnie” zawsze były zapchane dość poważnie, a tu – grzecznie, na fotelikach, młodzież siedzi jak w szkółce niedzielnej… Na szczęście stan ten nie trwał długo, i po postojach na kilku kolejnych stacjach pociąg miło się wypełnił i nabrał właściwego klimatu.

Przed... ... i po.

Pierwsza wspólna konsumpcja

Co robią woodstockowicze w drodze? Oczywiście otwierają pierwsze, już niedługo na wagę złota, trunki. Na wagę złota, gdyż przecież w Kostrzynie nic wysokoprocentowego się nie kupi, do “porządniejszego” wypicia ma się tylko to, co się przywiezie, a i tak nielegalnie! My niespiesznie wysączyliśmy prawie litr jakiejś czystej mieszanej z rozmaitymi soczkami, oraz czerwone półsłodkie wino ‘Wielki Starzec’, które to miano niezawodnie złośliwa Syrenka uznała za wielce adekwatne dla mnie… Oczywiście Woodstock ma swoje prawa – znaleźć popitkę lub, w naszym przypadku, “rozcieńczalnik” do wódki, nie było trudno: sąsiedni “przedział” chętnie się podzielił, w zamian za poczęstowanie wynikowym koktalem – miksem wódki czarnoporzeczkowej z tymbarkiem jabłko-mięta i sokiem pomarańczowym. Wszyscy z naszej ekipy jednak pozostali praktycznie trzeźwi.

Wielki Starzec

Pierwsze lekcje latania

Gdy sobie tak pociąg jedzie przez kolejne stacje, nabiera, naturalnie, coraz więcej pasażerów. Wkrótce przejście pośrodku wagonu jest w miarę szczelnie zaludnione, a jedyną drogą przelotową okazuje się korytarz powietrzny – czyli “na spajdermena” po podłokietnikach. Ku wielkiej uciesze młodych podróżnych, nawet starszy pan konduktor podróżował w ten sposób! Wojaże takie jednak okazały się nie całkiem bezpieczne, gdy jeden nadmiernie energiczny młodzian przygwoździł głową w plastikowy klosz lampy, uszkadzając i klosz, i swój łeb. Klosz został przeze mnie szybko zamontowany z powrotem (mimo sugestii wywalenia go za okno – ale zostawiłby nieosłoniętą świetlówkę, a stłuczenie tej byłoby znacznie mniej przyjemne), głowa zaś – wspólnymi siłami towarzyszy podróży – oblana miejscowo moją wodą utlenioną i oczyszczona alkoholowymi chusteczkami higienicznymi, krwawienie ustało i pacjent dostał plik nowych chusteczek do trzymania na miejscu jako opatrunek. Rąk chętnych do pomocy i domorosłych medyków było aż za dużo.

Lejemy

Kolejki do wagonowych klozetów coraz dłuższe, same kible coraz bardziej przerażają – no to co robią zdesperowani terrorem pęcherzy podróżnicy? Przestają się krępować. W polu to jeszcze rozumiem, ale tak na stacji lać na sąsiednie tory..? Oj, stacyjka nie będzie ładnie pachnieć…

Dobrze, że to nie stacja Szczawnica, bo dopiero by się kojarzyło

Tylko dla piechurów

Gdy dotarliśmy do Kostrzyna, niezaprawieni jeszcze w takich imprezach Asia i Grześ byli troszkę przerażeni wizją marszu 4 km w pełnym rynsztunku, a tyle właśnie jest z dworca na pole namiotowe. Niestety, tutaj to normalka! Przybywając na Woodstock trzeba się liczyć z dużą ilością marszu. Wyprawa na zakupy do Kostrzyna to 4 km w jedną i 4 km w drugą stronę, bar “Gucio” (aka “na rogu”, na leśnej trasie na pole) jest 1 km od pola, a samo pole woodstockowe ma 600 m średnicy. Dziennie przemaszeruje się zatem spokojnie 10-15 km. Trzeba zatem koniecznie mieć wygodne buty do marszu – lepiej nie te same glany, w których potem skacze się pod sceną, chyba, że naprawdę są wygodne.

Kto rano wstaje, ten ma dobrą miejscówkę

Dzięki temu, że wybraliśmy się w “dzień zero”, przed oficjalnym otwarciem imprezy, łatwo znaleźliśmy wygodne miejsce na nasze 2+2 domostwo. Wprawdzie już wcześniej przedsiębiorczy “wcześniacy” poogradzali sobie działki różnymi taśmami, ale nadal miejsca było całkiem dużo. Najważniejsze to umiejscowić się blisko pryszniców i toitojek – trasa namiot-kible i namiot-krany będzie zawsze częściej przemierzana, niż namiot-scena czy namiot-gastronomia.

Na zakupy!

Jak się już rozłożyliśmy, to zrobiliśmy komisyjny wymarsz na zakupy w Kostrzynie, i – po krótkim odpoczynku w przytulnym kostrzyńskim parku – w zasadzie uznaliśmy się za gotowych do zabaw wszelakich. Niezbędnik woodstockowicza:

  • baniak 5l i parę 1.5l mineralek – dwoistego zastosowania: najpierw do wypicia, a potem by mieć puste pojemniki na wodę niepitną
  • cola/soczek/cytrynka/cokolwiek do drinków – jeśli się jakieś procenty przywiozło (ale kto nie przywiózł?)

W obrębie Woodstocku takiej “normalnej” spożywki nie ma wcale – Kriszna, oprócz żarcia, sprzedaje wszelkie napoje, ale kolejka jest bardzo często przerażająco długa, no i ceny tego akurat nie są jakieś specjalnie fajne.

Hare żarcie, hare żarcie, żarcie żarcie, hare hare

Co się je na Woodstocku? Przede wszystkim jest żarcie Kriszny, podstawowe wyżywienie sporej części imprezowiczów: kosztowało w tym roku 4.50 zł za porcję. Jak się uśmiechnąć do obsługi, można dostać porcyjkę nawet podwójną – dwie łychy ryżu, dwie łychy gulaszu warzywno-sojowego, dwie łychy słodkiej papki kaszkowo-bananowo-rodzynkowej – dość, by nafaszerować się po uszy. Jedyny problem to to, że jest to żarcie wegetariańskie, a niektórzy bez mięcha nie przeżyją, oraz iż dzień w dzień jest to to samo, bez żadnej innowacji. Ale jest tanio i dużo i dobre. Poza tym jest pasaż gastronomiczny, z “normalną” żywnością – jednakże w tym roku tu nastąpiła jakaś kompletna pomyłka. Otóż ustalono jednolitą walutę – żetony – na które można było wymienić złotówki lub euro, i przynajmniej ceny zaczęły wyglądać normalnie, cało-złotowo, bez 99-groszowych ogonków na końcu każdej ceny. Problem jednak w tym, iż w zasadzie całą gastronomię zdominowała jedna firma, oferująca 10 potraw na krzyż, i koniec. Zapiekanka XXL kosztująca 7 zł wcale nie była XXL i pieczarki na niej miały poprzylepiane kawałki bibułki od opakowań mrożonek, mineralka była do kupienia tylko autentycznie ciepła (całe stosy zgrzewek stały sobie za stoiskami, na słońcu)… A na koniec się okazało, że pozostałych po imprezie żetonów NIE MOŻNA wymienić z powrotem na złotówki! Zostało mi 5 zł zżetonowane w kieszeni. Brawo, naprawdę.

Chluśniem, bo uśniem

Tradycyjnie, Woodstock jest sponsorowany przez jakiś browar – przez kilka ostatnich lat było to Tyskie, tym razem Lech. Piwo leje się więc strumieniami, w cenie 3.30 zł, i oczywiście to lane jest podejrzewane o poważne rozwodnienie, ale przynajmniej jest ożywczo zimne, zaś to puszkowe jest serwowane bez żadnego schłodzenia, ale przynajmniej raczej nie jest rozcieńczone i puszka jest “kolekcjonerska”. Tu zainteresowanym przydaje się zakupiony wcześniej syrop owocowy – niestety, wioska piwna nie soczkuje. Jak każde dobro “luksusowe”, soczek łatwo może się rozejść, gdy przy piwolejni zaczniemy hojnie częstować soczkiem zainteresowanych koneserów piwa z bonusami – ale to zarazem świetna okazja dla zawiązania paru przelotnych znajomości.

Gliny! Gliny!

Miałem pewien plan od chwili wyruszenia – i oto nadszedł czas, by zły plan wprowadzić w życie. Otóż w piątek, w południe, pożarłszy Krisznę na śniadanie, pomaszerowaliśmy z Syrenką – ubrani odpowiednio, w stroje kąpielowe – w stronę znajdującej się na wzgórzu Akademii Sztuk Przepięknych, a konkretnie operującej tam placówki Glinoludów. Ochoczo wmaszerowaliśmy do dostarczonego baseniku z glinką, pozwoliliśmy się umazać od stóp do głów – Syrenka, mimo moich namów, niestety nie wystąpiła topless (a to wcale nie byłoby od rzeczy; niektóre glinoludki tak występują), ale i tak wyglądała bardzo uroczo – po czym ruszyliśmy się lansować wśród woodstockowiczów. Kilkanaście razy zatrzymywano nas w celu porobienia zdjęć :P.

Syrenka się maluje Syrenka umalowana Biali braćmi czerwonych - manifest antyrasistowski?

Znudziwszy się lansem poszliśmy się umyć, i to dopiero był dramat – ja pecyny glinki wydłubywałem z włosów jeszcze dzień później! Dlatego parę uwag na przyszłość, dla chętnych do mazania się gliną.

  • Glinkę nakładamy cienką warstwą, i staramy się jej nie zmazać, aż wyschnie. Glinka wygląda najlepiej, gdy całkiem wyschnie, tworząc jednolitą, białą warstwę.
  • Długie, “pojemne” na wodę włosy, lepiej albo spiąć w teatralny kok i zasłonić czepkiem albo peruką, albo spiąć w ogon i jedynie polać z góry. Zdecydowanie należy unikać zanurzenia włosów w glince, bo potem wypłukanie jej wcale nie jest takie banalne.
  • Dla dodatkowego lansu należy się dowiedzieć, kiedy odbywa się oficjalna parada glinoludów! Inaczej, tak jak my, zrobi się “falstart” i nie załapie się np. na oficjalne glinoludowe wmaszerowanie na główną scenę. Fail! 😛
  • Dla specjalnego efektu należy mieć albo świetnie wyrzeźbione ciało (faceci) albo idealną, szczupłą sylwetkę (dziewczęta), jeżeli się paraduje w minimalnym odzieniu, albo – wręcz przeciwnie – jakieś specyficzne rekwizyty do ubrania (kapelusz? marynarkę? frak? laskę? kostur?). Wtedy taka “rzeźba” jest rozpoznawalna i unikalna, a nie po prostu “o, patrz, umalował się na biało”.

Megaklapki, +3 do lansu

Gdzieś na tym etapie stwierdziłem, że mnie moje klapki wykończą, bo – jak ten debil – wziąłem takie “terapeutyczne”, “akupresurowe” czy tam “refleksologiczne” klapki, całą podeszwę kłujące małymi, gumowymi wypustkami. To może i zabawne na chodzenie po mieszkaniu, od łazienki do pokoju, ale nie na kilometry po nierównym terenie. Wnerwiłem się, wyrwałem klapkom te wkładki sadystyczne, potem jeszcze wywinąłem je na lewą stronę, zrobiłem parę otworków, dowiązałem jakieś tasiemki… i powstały Fallout-klapki, urągające wszelkiej estetyce, ale przynajmniej praktyczne.

Sandałki Zagłady

Wonsz?

Skończywszy lans gliniany udaliśmy się pod wodę. Tu z dumą wydobyłem specjalnie przygotowany sprzęt – nakrętkę szybkozłączkową na 3/4 cala, trzy metry węża ogrodowego, oraz sikawkę – nakręciłem toto na kran w umywalniach polowych, i rozpocząłem wielkie polewanie. Najpierw siebie i koleżanki, a potem kogokolwiek, kto się zgłosił. Spędziłem tam w 3 dni imprezy sumarycznie chyba kilka godzin, robiąc furorę jako Pan Sikawka, z zapałem polewając (całkiem silnym w tym roku) strumieniem wody spragnionych wilgoci i/lub ubłoconych woodstockowiczów. Nawet Pokojowy Patrol zażyczył sobie parę razy zroszenia 🙂 Za to moja usłużność w dziedzinie użyczania sikawki przedstawicielkom płci pięknej przy domywaniu błota spod spodenek czy majtek czy dołów od bikini doczekała się komentarza, iż “spośród wszystkich facetów na Woodstocku wsadziłem swojego węża w majtki największej ilości kobiet”. Woot! 😀

Moje podczepianie węża do kranu to był zdecydowanie dobry pomysł, ale został wkrótce przebity przez przedsiębiorczych młodzianów, którzy odmontowali szeroką rurę doprowadzającą wodę do całej jednej baterii umywalek, i zaczęli z niej lać ludzi dookoła. O żesz w mordę, jakie TO miało ciśnienie i zasięg! Spragnionym wilgoci woodstockowiczom jednak tylko w to graj – taki konkurencyjny “grzybek” zyskał natychmiastową popularność, mojego wensza deklasując. Foch. ;P

Co zaś robią mokrzy woodstockowicze, oprócz oblewania się wzajemnie z czego popadnie? Otóż na przykład namierzają najbliższe porządne rozlewisko umywalkowe… i zaczynają po nim surfować na deskach. Niepowtarzalne.

Koncertowo, raz

Ktoś ostatnio stwierdził, że Woodstock to “klimat, ludzie, muzyka – w tej kolejności”. Tak też jakoś i tym razem wyszło. Piątek minął, z koncertów to jakoś Blendersi i inne Futureheadsy mnie nie zainteresowały, za to Jelonek dał czadu bardzo pozytywnie. Tylko czemu znów covery “Sad But True” i “Breaking the Law”? Na Ursynaliach 2009 było dokładnie to samo… W miarę sympatycznie jamajczeli na folkowej scenie “Kochankowie Gwiezdnych Przestrzeni”. Za to po nich wystąpiła rumuńska grupa “Fanfara Kałasznikow”, która się diabelnie długo nie potrafiła dogadać z naszymi dźwiękowcami, a której to występ miał ubarwić element taneczny… Patrzę sobie na te tancerki, co wygramoliły się na scenę, ubrane jakoś ciekawie bałkańsko, i widzę, że co one tańczą..? Taniec brzucha w stylu Americal Tribal Style! Toż Aili właśnie to ćwiczy, między innymi, nic dziwnego, że znam większość tych ruchów, które prezentowały..! Tribal często się dokłada do rozmaitego folku, ale tu zapowiadano jako “specjalny pokaz taneczny”… Dobrze już, dobrze, przeciętny widz na pewno niczego nie zauważył.

Głowę obok w ziemię wduś

Sobota. Na tegorocznej imprezie rozłożyło się Allegro, m.in. organizując “marchewkowe pole”. W niestety dość dusznym namiocie miało miejsce happeningowe karmienie marchewkami – i, jak łatwo się domyślić, pękate skrzynki pełne soczystych i uprzednio umytych marchewek opróżniane były w przeciągu kilkunastu sekund. Rozochocony woodstockowicz, mianowicie, jest w stanie, niczym dziecko, cieszyć się każdą atrakcją, jaka mu trafi w ręce – szczególnie, jeśli atrakcję tę można spałaszować, ogryźć w falliczny kształt, czy wsadzić sobie w spodnie i paradować z marchewko-erekcją po terenie imprezy…

Plastikowe gitarki, czyli rock umarł

Ale mniejsza o marchewkach – Allegro zorganizowało też stanowisko z RockBandem na X360, gdzie zorganizowano konkurs drużynowy, czyli 4-osobowe ekipy grały na punkty “Enter Sandman” na poziomie medium. Moja drużyna miała 740.000 pkt na tle przeciętnie 300.000, jeżeli już ktoś nawet piosenkę ukończył. Tu zgarnąłem jedną torbę nagród (oczywiście promocyjnych allegrowych, bo jakichżby innych).

Mało tego – ponieważ podczas przedkonkursowego freeplaya popisywałem się na expercie, to organizator na koniec ogłosił “rundę popisową”: włączył jeden z najbardziej chyba wymagających technicznie utworów, ustawił wszystkim graczom poziom expert, i obiecał dodatkowe nagrody, jeśli to przejdziemy. Ostatecznie niestety wokal i perka musiały zostać obniżone na medium, ale ja na (tym razem) basie i inny kolega na gitarze daliśmy radę, zyskując kolejne +10 do lansu. Moje ego napasło się zacnie :]

Woda na wagę złota

Tymczasem Woodstock wszedł już pełną parą w swój specyficzny, regularny rytm. Przedpołudnie na chlapanie się w wodzie i modły do przejeżdżających nieregularnie wozów strażackich (“Wielki Wóz Strażacki! Wielki Wóz Strażacki!”, tak brzmiała zaintonowana przeze mnie i powtórzona przez innych ‘wodników’ przez dłuższą chwilę mantra), oblewających wniebowziętych, przegrzanych skwarem imprezowiczów – popołudnie albo na koncerty i szaleństwo pod sceną, albo na ciąg dalszy chlapania się wodą w najróżniejszych okolicznościach. To dość istotna sprawa – pole woodstockowe w Kostrzynie jest taką patelnią, że przed wszechobecnym upałem nie ma żadnej ucieczki i regularne zraszanie się wodą jest absolutną koniecznością. Kto się nie oblewa, albo wręcz nie włazi cały pod sikawki, szybko się zmęczy i padnie przed wieczorem, zamiast bawić się do późnej nocy. Należy zatem zawsze mieć czymś osłoniętą głowę (arafatki, chustki, kapelusze), a najlepiej nosić ze sobą jakąś buteleczkę na wodę i się z niej regularnie polewać i uzupełniać zapasy. Szczególnie, jak się (jak ja i Syrenka, za moim głupim pomysłem) wybierze na spacer wschodnią drogą dojazdową do pola, czyli 5 km w non-stop upale bijącym i z góry, i z dołu od asfaltu i kostki chodnikowej. Yyyfff, błąd.

Senior power!

Zobaczyłem w ciągu imprezy przynajmniej kilka radośnie bawiących się osób w wieku >60 lat, przez co przychylam się jeszcze bardziej zdecydowanie do anglojęzycznego hasła “I may age but I’ll never grow old” (jak to będzie – “może mi przybywać lat, ale nigdy się nie zestarzeję”?). Tak trzymać, seniorzy! Ja też chcę w tym wieku jeszcze jeździć na tego typu imprezy :]

Amatorski bodypainting

Nie tylko gliną woodstockowicze się smarują – ba, bynajmniej. Notorycznie malują się czym popadnie, farbkami, markerami, sprejami… My też kupiliśmy farbki, lecz jakoś nie złożyło się, by ich użyć. To trzeba nadrobić!

Reklama dźwignią handlu

Typowym elementem Woodstocku są “usługodawcy”, dzielnie nosząc na szyjach kartoniki z szyldami interesującej treści. Ot: “MAMMOGRAF – badanie piersi 10 gr”, “NAUCZYCIEL SEKSU”, “WRÓŻENIE Z PIERSI wzrokowe 10 gr, dotykowe 20 gr” – inwencja wprawdzie zawęża się do kilku zaledwie tematów, ale skoro ludzi to bawi… 🙂

Pijemy

Na wieczór zdecydowaliśmy się wreszcie naszą ekipą komisyjnie zasiąść i obtrąbić resztki naszej kontrabandy procentowej (wszak na samym Woodstocku i w Kostrzynie nie dostanie się niczego ponad 4%! A nawet oficjalnie nie wolno niczego takiego wwozić, ale, na szczęście, rewizji nie ma). Powstało zatem całkiem smaczne cuba libre, moje umeshu weszło towarzystwu szybko i gładko, wreszcie resztka wódki z czarną porzeczką i soczkiem tropikalnym… Dość rzec, że ochoczo pojącej mnie Syrence udało się skutecznie zdezaktywować mój błędnik. Mimo to pomaszerowaliśmy (choć zupełnym slalomem) na koncert całkiem niegłupio grających Subwaysów – czy może Subwayów? – którzy, choć zeszłorocznemu Clawfingerowi nie dorównali, zrobili też całkiem niczego sobie show, ze skokami w publiczność włącznie.

Trejine na gwałt poszukiwana

Na Woodstocku nierzadko poznaje się bardzo fajnych ludzi – tym razem nie było inaczej. Syrenka skądś wyłowiła dwójkę przyjezdnych z Niemiec, Niemca oraz Polkę (imieniem Olga) chyba stacjonującą w Niemczech, o ile mój trochę skołowany wtedy łeb pamięta. Gadaliśmy po koncercie jeszcze kawał czasu, już nawet nie pamiętam o czym – ale jedno zapadło mi w pamięć bardzo głęboko, i do teraz w tym dłubię i dłubać nie przestanę, aż dodłubię się do dna. Otóż Olga wyciągnęła skądś jakąś litewską przyśpiewkę, śpiewaną w kanonie (czyli, jak teraz googlam, sutartine) trzyosobowym (czyli konkretnie trejine), której próbowała mnie nauczyć. Nie znając nawet słowa po litewsku udało mi się nawet nienajgorzej jakiś fragment opanować, i chętnie opanowałbym całość, bo skomplikowany układ melodyczno-rytmiczny mnie dość mocno zafrapował. Niestety, tę sympatyczną dwójkę spotkaliśmy tylko na chwilę następnego dnia, i nie było czasu na powrócenie do nauk wokalnych. No, i kto mi teraz Olgę spod ziemi wykopie, bym tę przeklętą przyśpiewkę do reszty opanował?

You are a fuckin’ wet dream!

Z racji planu koncertów ten dzień musiał być najważniejszy i najbardziej zarąbisty – i był. Clawfinger jak dał czadu w zeszłym roku, tak dał go i tym razem, świetnie dogadując się z publicznością i robiąc swoim wyjątkowo strawnym numetalem zarąbiste show. Były wozy strażackie, lejące z sikawek wprost na publiczność, zmieniając suche pogo w przeradosną taplaninę w hektolitrowych strugach wody. Była “wirówka” czy też, jak wokalista Clawfingera nazywa, “walk the dog”, czyli pół-pogo cyrkulacyjne, w które tym razem wleźliśmy wraz z Syrenką (choć w największym ścisku musiałem trochę na siłę rozpychać masę ludzką wokół nas, by mej raczej drobnej towarzyszki nie zgnieciono). Był popisowy stagedive w wykonaniu basisty (którego wokalista nazwał na tyle dobitnie “you fat bastard”, że publiczność podchwyciła i zaczęła te trzy słowa skandować). Była i ściana śmierci, ale tę ominęliśmy z bardzo daleka, bo – mimo oksymoronicznej odezwy lidera zespołu, żeby tym razem zrobić taką “friendly wall of death, so that nobody gets hurt” – woleliśmy pozostać przy życiu.

W ogóle Clawfinger to taki specyficzny fenomen. Jak puszczam sobie teraz ich utwory z jakiegoś youtube’a – dajmy na to, “Biggest, The Best”, czy “The Price We Pay”, czy “Do What I Say”, to wcale nie brzmi to jakoś rewelacyjnie: hałaśliwy nu metal i tyle. Tymczasem na scenie woodstockowej efekt na całą kilkusettysięczną publiczność był tak piorunujący, że po prostu nie dało się nie zanurkować w ten tłum i nie emocjonować razem z nimi, dośpiewując znane fragmenty refrenów czy chwytając przypadkowych ludzi za wyciągnięte w górę ręce i wspólnie skacząc w rytm ostro akcentowanego wokalu. Aranżacja? Atmosfera? Co takiego zmieniło muzykę dla mojego ucha dość przeciętną w czysty orgazm całokształtowy?

Singin’ in the rain

Zaraz po koncercie Clawfingera Owsiak ostrzegł, iż meteorolodzy zapowiadają burzę. No i burza była, oj, była! Namiotu nam nie podmyło, jak w zeszłym roku (szczególnie, że teraz nie mieliśmy saperki dla okopania namiotu fosą), ale przy melodyjnym akompaniamencie chilloutowego fortepianu Możdżera (zagrał m.in. przepiękny cover “Smells Like Teen Spirit”) i deszczu bębniącym nam miarowo po namiocie zostaliśmy napadnięci przez przemożną senność. Ja się jednak nie dałem, bo ktoś musiał przecież pozostać przytomny – pociąg pozostała trójka moich towarzyszy miała o 3:30, a tu już po 1:00… O 1:30 stwierdziłem, że dość tego dobrego, czas ruszać – obudziłem ekipę, zwinęliśmy manatki i ruszyliśmy.

Dowodzik, obywatelu

Tu okazała się niemiła niespodzianka – otóż przy pakowaniu bambetli nie znalazłem nigdzie portfela. Albo mi go ktoś zajumał, albo gdzieś sam zgubiłem, albo co, czort wie – w każdym razie mam do wyrobienia nowy dowód i duplikat karty (już zastrzeżonej, naturalnie). To jedyny taki zdecydowany minus tego Woodstocku, dla mnie. Ale co tam, jeśli mi nikt nie zrobi jakiegoś głupiego numeru, to będzie wszystko OK 🙂

Jedzie pociąg (tym razem) z daleka

Tego, co się działo na dworcu, to nie sposób opisać. Pociągi odjeżdżały co kilkanaście minut, w różne strony, ale to wcale nie przeszkodziło żądnym natychmiastowego powrotu imprezowiczom kłębić się na malutkiej stacji Kostrzyn już na godziny przed właściwym momentem odjazdu. W efekcie stacyjka zapchała się momentalnie, tłumy czekające na pociągi za godzinę blokowały dostęp desperacko próbującym się dopchać na peron przyszłym pasażerom pociągów za kwadrans, na schodach na dalszą część peronów kilkudziesięciu egoistów po prostu usiadło i zasnęło, zwężając przejście do niecałego metra… Ostatecznie moja ekipa wsiadła (jak się później okazało wcale nie wsiadła) o 3:30 do pociągu do Warszawy, a ja – odstawszy godzinę w kolejce do baaaardzo ekspresoooowej kaaaasy – o 5:30 do Krakowa. “Wsiąście”, oczywiście, oznaczało wepchnięcie się wraz ze zdziczałym już dokumentnie tłumem, tratującym kogo popadnie w masowym pchaniu się w stronę drzwi wagonu… Niestety, tu minus i dla PKP za małą ilość pociągów, i dla imprezowiczów za zero zrozumienia i rozsądku. 11 godzin, zmieniając tylko pozycję z siedzącej na plecaku na stojącą nad plecakiem, to nie jest wygodna podróż, warta 60 zł za bilet.

Mam wrażenie, że woodstockowy “love and peace” się dość szybko wykrusza i ludzie zaczynają już w pociągach bardziej się izolować i “normalnieć”. Otóż obok mnie siedziała regularnie przysypiająca dziewczyna, w rytm hamującego pociągu ciągle opierająca głowę mi na ramieniu, a – gdy się trochę przemieszczałem, by jej łepek wygodniej spoczywał – nieświadomie całkiem miękko się wtulając w moje ramię. Gdy jednak pociąg szarpał tu i ówdzie, senna panna się budziła, bez słowa wstawała do pionu i znów zaczynała kimanie od nowa, powoli lądując na mnie. Za kolejnym razem zwróciłem “śpiącej królewnie” uwagę, że może wolałaby wychylić się do przodu i w bok i wygodnie wyłożyć mi na kolanach, skoro i tak już cały czas śpi na mnie – byłoby i jej wygodniej, bo mniej kanciasto, i mi, bo będę miał wolne ramię. Wybełkotała speszone “a, sorki” i do końca trasy spała uparcie niewygodnie wychylona prosto w przód. Cóż – nie to nie ^^;

Finał

Było “tak jak zawsze”, co w przypadku Woodstocku musi oznaczać: zarąbiście. Teraz tylko zregenerować… i… kto jedzie ze mną na Woodstock 2010? ^^

Cudzym okiem

A co widzieli inni…
Ot, choćby biednych terrorystów. Jak coś pogiętego jeszcze znajdę, dokleję tutaj ;P

CategoriesOutdoorsTags

woodstock


1. => Glina, woda i megaklapki
2. Po Woodstocku... ufff.
3. Na Woodstock!
4. Błoto power!
< >
cloud: accor:

Group1

4 Replies to “Glina, woda i megaklapki”

  1. Veni, vidi, Sinus (czytaj: Synal) vincit!
    Relację zakwalifikowałem w moim rankingu pomiędzy Hemingwayem a Kapuścińskim.
    Jeżeli potrafisz utrzymać ten styl i zadziwiającą niebanalność obserwacji, to Nobla masz gwarantowanego, tylko się ujawnij gdzieś na bardziej non-private forum.
    Chapeau bas!
    Tak trzymaj – i pisz jak najwięcej.
    Łociec
    ====

  2. Piękna relka, aż mi się łezka w oku zakręciła:) Ja na PW byłem pięc razy, w tym roku z ważnych powodów nie mogłem pojechać, a od plucia sobie w brodę przez cały weekend miałem wokół siebia kałużę.. 😉 Za rok – tym razem już z żoną:) -> oto powód niemożności pojechania – na pewno pojadę. Bo Woodstock to najbardziej magiczne miejsce na ziemi! 🙂

  3. Relacja rewelacja 🙂 Byłam 2 razy na Woodstocku, jak jeszcze był w Żarach 🙂 Za pierwszym razem była to przygoda życia, bo miałyśmy 16 lat (jakoś tak), pojechałyśmy z kumpelą stopem, prawie bez kasy, z jednym śpiworem, o namiocie nawet nie wspominam. Drugi raz pojechaliśmy w więcej osób, pociągiem itd. i już nie było to samo…Teraz wyjazdy na festiwale wybieram pod kątem muzyki, chociaż kto wie, może w tym roku wpadnę na Woodstock, kumpel się wybiera 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Connect with Facebook

Security Code: