Dzielmy się! (Tryliony bakterii nie mogą się mylić!)

W świetle ostatnich protestów anty-ACTA nasuwają mi się przeróżne odczucia, od kompletnej załamki indolencją władz w kwestiach Internetu (nierozeznanych odsyłam do wypowiedzi premiera i szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego), po głębsze filozoficzne rozkminki nad współczesnym “społeczeństwem internetowym”. Jaką rolę kulturową odgrywa Internet w dzisiejszych czasach? Tworzymy społeczności, gadamy z rodziną za oceanem, ale przede wszystkim…

Dzielimy się.

Udostępniamy innym coś, co samemu stworzyliśmy lub posiadamy, od głupiego obrazka po utwory muzyczne. Przed rozwojem Sieci dzielenie się polegało na oddawaniu przeczytanych książek do czytelni i bibliotek, a dzieł sztuki do galerii i muzeów (to takie specjalne miejsca, gdzie można pójść i przeczytać/obejrzeć coś za (pół)darmo), na pożyczaniu ich kolegom, na wymianie kaset audio i wideo, na opowiadaniu najnowszych dowcipów na przerwach (i lekcjach) w szkole. Gdyby nie ogólnoświatowy koncept dzielenia się, nie nastąpiłby żaden rozwój kulturowy: każdy swoje pomysły i dobra materialno-niematerialne trzymałby tylko dla siebie, i tak by zostało. Tymczasem dzięki Internetowi możemy banalnie łatwo dzielić się wszystkim, co mamy na kompach – a mamy tam już (prawie) wszelkie możliwe dobra kulturowe. Co bowiem nie dla wszystkich jest oczywiste –

“The Pirate Bay” jest biblioteką.

Co, może nie? Można pójść i za darmo obejrzeć dzieła kulturowe z całego świata. Odwiecznego argumentu o różnicy między “piractwem” (kopiowaniem) a “kradzieżą” (zabieraniem czegoś czyjegoś) już nie chce mi się przytaczać – ważne, że TPB spełnia funkcję miejsca, gdzie jedni dzielą się dobrami kulturowymi z innymi. Istnienie i popularność takich serwisów świadczy o tym, że uwielbiamy się dzielić tym, co mamy dobrego – nie tylko uwielbiamy korzystać, ale i dawać korzystać innym! – i nagle niespodzianka: nie wolno! Prawa autorskie! Licencje! Chcemy porozmawiać z kumplem o fajnym filmie, ale go nie oglądał – to… figa, jeszcze trochę, a nie będziemy mogli mu go udostępnić wcale. Gry komputerowej już nie możemy (rejestracje jednorazowe, numery seryjne, itd.), więc czemu nie zakazać pożyczenia koledze filmu czy książki? Jesteśmy na najlepszej drodze, Wielkim Korporacjom tylko w to graj – chrzanić rozwój kultury, piniondz trza trzepać: książki najlepiej sprzedawać jednorazowe, filmy tylko do jednego obejrzenia i tylko w konkretną datę, utwory muzyczne do odtworzenia tylko 10 razy i to na jednym urządzeniu… Trochę z tego to fikcja, a trochę nie, prawda?

Carpe diem, tempus fugit, et cætera!

Nie mamy czasu na bieganie po sklepach i kioskach – to właśnie dzięki temu cudownemu dzieleniu się możemy dziś wpisać w googla czy inną youtubę tytuł utworu, i parę sekund później nasz pokój wypełnią znajome dźwięki. Możemy wpisać tytuł serialu, numer odcinka i sobie go obejrzeć, nierzadko z napisami w naszym rodzimym języku. Możemy wpisać hasło encyklopedyczne (albo powyższy łaciński nagłówek, choć wstyd nie znać) i wyskoczy nam Wikipedia z tekstem i ilustracjami na interesujący nasz temat. Stanie się to natychmiast, bo tego dziś wymagamy – jesteśmy pokoleniem, które nienawidzi czekania; wolimy ponabijać punkty na jakiejś głupiej gierce na fejsie, niż bezczynnie czekać. Chcemy wszystkiego już, teraz, tu – i, co najzabawniejsze, nie jest to mrzonka: mamy wszystko już, teraz i tu, albo przynajmniej możemy mieć, bez wielkiego problemu technicznego… bo ktoś, gdzieś, tę treść wrzucił za darmo do sieci, dzieląc się nią. Nierzadko wbrew Wielkim Biednym Głodującym Korporacjom, które najchętniej cofnęłyby nas do czasów sprzed Gutenberga – i nierzadko cofają, nakładając absurdalne utrudnienia na każdym kroku: DRMy, regiony, rejestracje, licencje, których dawniej jakoś nie było i świat się pięknie rozwijał.

Tymczasem ja się zastanawiam z trochę innej strony: jak by się tu dzielić, żeby nie narażać (zbytnio) interesów właścicieli Oryginalnych Dzieł? Proponuję rozwiązanie kompromisowe, “krakowskim targiem”. Zaskakująco proste.

Dzielmy się umiarkowanie.

Udostępniajmy wszystko wszystkim za darmo, pod warunkiem średniej jakości. Chcesz zapoznać znajomych (lub nieznajomych) z jakąś piosenką? Dobrze, pod warunkiem, że w jakości najwyżej 128kbps. Jak chcą mieć piękną, kryształową jakość identyczną z oryginałem, no to niech sobie kupią – ale zapoznać się już mogą. Chcesz pokazać film, serial, skecz kabaretowy, teledysk? Spoko, pod warunkiem, że nie będzie to HD z dźwiękiem 5.1. Chcesz rozpowszechnić ebooka? Doskonale, niech się czytelnictwo szerzy, ale może być to najwyżej plik tekstowy bez ilustracji, albo tylko z ilustracjami o niskiej, “ekranowej”, rozdzielczości, tak, by nie dało się tego sensownie wydrukować. Chcesz pokazać koledze grę? Nawet tu można by się zastanowić: wiele małych “indie” gierek odniosło całkiem niezły sukces mimo modelu cenowego “co łaska”, a i wersje kolekcjonerskie nierzadko osiągają astronomiczne ceny, więc być może produkowanie gier w darmowej wersji “bardzo rozszerzone demo” nie byłoby takie bez sensu.

Koneserzy, audiofile, kinomaniacy i inni zapychacze domowych regałów nie zadowolą się taką “darmochą”: i tak pójdą do sklepu i kupią antologię filmu wraz z figurkami, plakatami i innymi “zbierajkami”, pięknie wydaną książkę w twardej oprawie do postawienia na półce, itd. Za to “masy zjadaczy chleba” będą wiedzieć lepiej, kto to Pink Floyd, Mozart, Miyazaki, Pratchett, Hemingway czy Dante – bo będą ich dzieła, w znośnie konsumowalnej postaci, mieli dostępne za darmo.

Czy coś takiego mogłoby przejść? Ciekawe.

 

cloud: accor:

Group1

One Reply to “Dzielmy się! (Tryliony bakterii nie mogą się mylić!)”

  1. Coś w tym jest. Weźmy np. takiego “Avatara”, jeden z najbardziej kasowych filmów wszechczasów. Mimo tego, że w sieci znaleźć można było torrenty jakości full HD (DVD rip) po kilka gigabajtów. I teraz zastanówmy się, co by było gdyby na przykład 20-th Century Fox wstawiła na torrenty (!) i na stronie oficjalny release w jakości powiedzmy 480p. Czy do kina na seans w 3D poszłoby mniej, czy więcej osób? Czy wpłynęłoby to na ilość pobrań tych nielegalnych dvdripów, zwłaszcza gdyby oficjalna wersja DVD nie była pozabezpieczana na 20 niewygodnych dla widza sposobów? Jak wpłynęłoby to na sprzedaż całej “otoczki” filmu?

    Drugi przykład. Mój syn obejrzał “Cars” z kopii nieokreślonego pochodzenia (nie, nie mam jej już…). Ale na “Cars 2” poszliśmy do kina. Poza tym ma koszulkę z Zygzakiem, piórnik z Zygzakiem, poduszkę z Zygzakiem… No i oczywiście samego Zygzaka w co najmniej dwóch wcieleniach. Słodyczy i innych drobiazgów z Zygzakiem nie zliczę :-). Producenci tych rzeczy zapłacili producentowi filmu za prawo do używania “wizerunku bohatera”. Czy wytwórnia filmowa jest w plecy?

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Connect with Facebook

Security Code: