Macki na rolkach

Odkryłem, że w piwnicy nadal leżą moje stareńkie rolki. Rocznik chyba z 1996 albo coś w tym stylu… Jeździłem na nich może raz albo dwa, i odtąd spoczywały grzecznie w pudełku. Dziś to być może archaiczny model, ale nadal (chyba) dobrze nogę mi opinają i jechać się na tym da. Albo dałoby… gdybym, psiamać, umiał! Tymczasem jestem na tym pieroństwie zgrabny niczym słoń na lodowisku. Podczas 5 km spaceru po Gocławiu nie wyrżnąłem ani razu, ale o sprawnym i płynnym pokonywaniu przepaści krawężnika nie ma mowy.
Muszę więcej trenować, zdecydowanie. Pięcioletnie dzieci lepiej jeżdżą, a tego nie zniosę. 😛

Dwie godziny w mieście czyli do Kabat i z powrotem.

Co można robić, mając 2 godziny do spożytkowania, będąc w centrum Warszawy? Cóż, zapewne wiele rzeczy, zależnie od upodobań. Ale jeżeli akurat ma się przy sobie rower, to można po prostu ruszyć przed siebie.

No to wziąłem i ruszyłem. Trasa widnieje poniżej. Grochów – centrum – Kabaty – Stare Miasto – Grochów.

Dwie godziny później miałem o 30 km więcej na liczniku. Wiem, 15 km/h to nie jest rekordowa prędkość średnia, ale pewnie częste zakręty i krawężniki mają tu coś do powiedzenia. Tak sobie tłumaczę, żeby nie wyszło, że mój ambitny plan przejechania na początku lipca w tydzień całego naszego bałtyckiego wybrzeża (przeciętnie po 40-80 km dziennie) to przy mojej kondycji nierealne… Dzisiaj 45 km sumarycznie w nogi mi weszło – jutro wejdzie jeszcze trochę. Pożyjemy, zobaczymy, jak mawiali starożytni Atlanci.

Błoto power!

Objazdy to zło, rzekłem sobie dziś. Mam dojechać z Gocławka na Targówek Przemysłowy, to przecież nie będę 8 km zasuwał Grochowską i Solidarności, jak mogę przeskoczyć przez tory w kierunku północnym i jechać w sumie 5 km. Trasa “tam” przebiegła pomyślnie, zatem “z powrotem” jechałem sobie spokojnie dalej ulicą Zabraniecką na wschód, kombinując, jak i gdzie by tu z powrotem na Olszynkę zjechać. Wszak wracać tą samą trasą, którą się jechało gdzieś, to zbrodnia w żywe oczy – nawet, jeżeli dołożyły się trochę drogi (w tym przypadku: kilometr). Znienacka jednak ładna asfaltowana ulica Zabraniecka raczyła się skończyć, zmieniając w wyłożoną czołgowymi płytami ulicę Gwarków – ale płyty to jeszcze nic, jak się wkrótce okazało, wytrzęsą trochę tyłek i tyle. Następnie jednak ulica Strażacka, poza byciem udekorowaną malowniczymi stertami śmieci, wywalonymi na jej pobocze, okazała się być pokryta… błotem. I to nie byle jakim błotem – takim porządnym, staromodnym, gliniastym, lepkim, śliskim błotem pierwotnym, z którego spontanicznie lęgną się golemy błotne, jeśli nie wręcz żywiołaki błota! Jakoś przetrwałem – mało nawykłe do takiego lekceważącego traktowania buty trochę się na mnie obraziły, ale wypucować się pozwoliły, zaś rower nawet się bardzo nie oblepił…

Jak mi dziś na pytanie “co to?” ktoś odpowie “błoto!”, to pokręcę mądrze głową, pogrożę palcem i odrzeknę tonem pijanego mistrza – “o, młodziku, błota toś nie widział”.

(Mapka dzięki zacnemu pluginowi xml-google-maps)