Dzielmy się! (Tryliony bakterii nie mogą się mylić!)

W świetle ostatnich protestów anty-ACTA nasuwają mi się przeróżne odczucia, od kompletnej załamki indolencją władz w kwestiach Internetu (nierozeznanych odsyłam do wypowiedzi premiera i szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego), po głębsze filozoficzne rozkminki nad współczesnym “społeczeństwem internetowym”. Jaką rolę kulturową odgrywa Internet w dzisiejszych czasach? Tworzymy społeczności, gadamy z rodziną za oceanem, ale przede wszystkim…

Dzielimy się.

Continue reading “Dzielmy się! (Tryliony bakterii nie mogą się mylić!)”

Cud w Sokółce Investigation

Od paru dni niektóre media buczą cicho o tzw. “cudzie w Sokółce“, gdy rzekomo upuszczony na podłogę kawałek konsekrowanej hostii tajemniczo zamienił się w jakąś czerwoną tkankę.

A ja się pytam – gdzie jest policja? Gdy w jakimś budynku znajdują przechowywany w naczyniu kawałek ludzkiej tkanki, zazwyczaj wkracza prokurator, są badania DNA w celu ustalenia tożsamości osoby, od której pochodzi owa tkanka, interesuje się też wydział do walki z sektami, podejrzewając morderstwo rytualne… A u nas co? Cud! Módlmy się!

Choć, w sumie, policja mogłaby mieć nieźle utrudnione zadanie. Wszak czy DNA jakiegoś Żyda sprzed 2000 lat mamy w jakiejś bazie DNA?

Gilu Grissomie, Horatio Caine’ie, Macu Taylorze, gdzie jesteście…

Z czym się je obcokrajowców

– A może frytki do tego?
– Może serniczek albo szarlotkę?
– Czy życzy sobie Pani coś z oferty specjalnej?

– Umm… yeah, no, uhh…

To niestety nadal bardzo częsty obrazek w rozmaitych większych sklepach czy fastfoodach. Wydawać by się mogło, że podstawową znajomość angielskiego ma już obowiązkowo każdy – tak jednak nie jest, wszak nie każdy ma talent lingwistyczny. Mimo to należy koniecznie pamiętać, iż rolą kasjera jest przede wszystkim obsłużyć klienta, niezależnie od okoliczności. Jeśli więc nie czujesz się pewnie z językiem obcym, postaraj się trzymać takich paru prostych regułek, które na pewno ułatwią komunikację.

1. Głośniej nie oznacza bardziej zrozumiale.
Z tą zasadą szczególny problem mają Włosi: jeśli Włochowi da się znać – gestem, wzruszeniem ramion, zdziwionym uniesieniem brwi – że się go nie rozumie, na 90% powtórzy dokładnie to co mówił, równie szybko, tylko głośniej: przyjął, że go nie dosłyszeliśmy, a nie nie rozumiemy języka. Nie popełniajmy tego błędu. Jeżeli rozmówca nas nie rozumie, powtarzamy wolniej, wyraźniej i krócej, a nie tylko głośniej.
2. Prosto, prościej, najprościej!
Największą zmorą języków obcych jest gramatyka. Niewprawny w danym języku nie odróżni podmiotu od orzeczenia, a zdania podrzędnego od formułki grzecznościowej. Dlatego mów prosto, jak do dziecka. Zamiast “Czy może powiększyć zestaw o duże frytki i duży napój?“, od czego obcokrajowiec zgłupieje na miejscu, powiedz “Duży zestaw?” albo “Duże frytki, duża cola?”. Są o wiele większe szanse, że rozmówca zna słowa “duży” i “cola” i może nawet “frytki”, niż “powiększyć zestaw”. Nie obawiaj się, że rozmówca poczuje się traktowany jak idiota – on przede wszystkim chce zjeść obiad, taki, jak zamówił, a nie uskuteczniać intelektualną pogawędkę.
3. Używaj gestów i posługuj się otoczeniem.
Informacja jest wszędzie, szczególnie w kolorowych fastfoodach. Posłuż się nią, jeśli słowa mogą Cię zawieść. Pokazuj zdjęcia i nazwy produktów, pytając o szczegóły zamówień; pokaż palcem wyświetlacz ceny, gdy recytujesz “siedemnaście złotych i dziewięćdziesiąt dziewięć groszy“; pokazuj gestami proste pojęcia, jak “ile” (odliczanie na palcach), “duży/mały” (dłonie szeroko/wąsko), itp.
4. Zapomnij o ofertach specjalnych.
Obcokrajowiec prawie na pewno nie będzie chciał niczego ze skomplikowanych ofert specjalnych, nie będzie miał kart zniżkowych (chyba, że firmowe) i nie będzie chciał brać udziału w ankietach – on chce po prostu kupić lub zjeść konkretną rzecz, modląc się przy tym do dowolnie wybranego bóstwa, by go dobrze zrozumiano i chcąc zjeść hamburgera za 4 zł nie dostał ośmiornicy za 200 zł. Dlatego nawet jeśli manager wymaga od Ciebie proponowania każdemu klientowi dodatkowych ofert, deserów, dodatków i prezentów, lepiej w tym przypadku to pomiń: najważniejsze jest dobrze obsłużyć klienta – nie można ryzykować spłoszenia klienta niezrozumiałym słowotokiem. Podlicz cenę, zainkasuj i pożegnaj klienta, a nie zawracaj mu głowy czymś, czego najprawdopodobniej i tak nie zrozumie.
5. Może kolega sobie lepiej poradzi?
Jeżeli nie ma jakiegoś masakrycznego pośpiechu, lepiej poprosić o pomoc lepiej się dogadującego kolegę czy koleżankę, niż kombinować jak koń pod górę. Szczególnie, jeśli klient właśnie zażyczył sobie czegoś, czego ni w ząb nie rozumiesz i właśnie zaczynasz “zgadywać”. Nie zgaduj, bo – mimo pozorów – źle obsłużony obcokrajowiec wcale nie musi podkulić ogona i cieszyć się, że mogło być jeszcze gorzej; może zrobić awanturę i zażądać interwencji menedżera.

Ś.p. pytajnik

Interpunkcja to, najwyraźniej, mimo wszechobecnej kultury komunikacji pisemnej zamiast głosowej, sztuka ginąca.

<ktoś> powiesz mi coś
<ktoś> działa ci
<ktoś> jesteś
<ktoś> co

Jak ktoś tak do mnie pisze, to naprawdę nie wiem, czy właśnie stwierdził, że mu coś powiem, że mi działa, że jestem i jakieś zagadkowe urwane ‘co’.

PYTAJNIK. Bardzo rzadkie zwierzę. Dodajemy go na końcu zdań, które są pytaniami. Nie mam najmniejszego zamiaru domyślać się, gdzie szanowny rozmówca planował mnie o coś zapytać, a tylko shift-slesza nie chciało mu się wcisnąć.

Grr.

Eye of the beholder, or where the camera resides

One of the most basic graphical effects added in today’s games is a lens flare, a series of bright circles running across the screen from a bright light source. Nice and showy, but – wait a moment! Flares appear only in lenses, glass optics, not in the world itself as we see it! Why, then, do we see flares in Mirror’s Edge, a game putting heavy emphasis on the player seeing being right through the heroine’s own eyes? Quake or Crysis, that I can understand, as the protagonist wear helmets with some kind of optics in them. Faith has no headwear, however, to produce reflections… Why are we spoonfed an in-lens light reflection effect that photographers take so much effort trying to avoid? It would be so much easier to implement a childishly simple glare effect: looking at a bright object would cause the viewer’s irises to contract, thus reducing the overall brightness level and perhaps adding a ray-burst corona to the light source. Just do what any auto-white-balance camera does, how difficult could that be? On the other hand, I was about to criticise ancient-styled TPP games, like the newer Prince of Persia games, where no camera was surely present – but then again there’s no-one we could ascribe the external viewpoint to. We’re left to assume that we’re watching a modern-day movie about the Prince’s adventures, and that kinda works, with all the flares in it.

Flares are one thing, and other vision impairments are another. With a first-person perspective, all kinds of fogging, frosting, blurring, glare or vertigo effects are likely to happen to the heroes, again depending on whether they’re sporting some eyewear or not. The hero may be blinded, drunk, sick, all that affects vision accordingly, and we’re in their eyes to see (or not see) it all. However, if we’re in third-person perspective, it’s the hero that has their vision affected, but not us, sitting safely in the “camera” – why, then, do we often get blurs and fades and desaturations? True, it’s not easy to present such conditions from the outside (after all, what, with an icon above the hero’s head? come on…), but abuse of such visual cues may easily lead to a decreased immersion factor. One fresh example is PoP’2008, where an opponent may blind the hero by throwing a blob of black sludge… at our screen, temporarily obscuring most of it – hence, apparently the villain has just attacked not the player-controlled character, but the player directly.

So, what else in today’s game graphics/physics is added just for show, with either no or downright negative rationale behind it? Where’s the damn line between realism and visual flair? Ah, the dilemma 🙂

Graphical heterosexuality in retreat

Holy f*ck, I’ll say. This matches today’s episode, however.

According to my recent brief research, heterosexuality is in a massive retreat, when it comes to erotic art. Or, more precisely, “proper” consensual sex with mixed-gender partners.

Let’s have a look at any popular erotic art gallery, say, http://hentai-foundry.com, and see what jumps out at us. Rapes, orgies, lesbians, female masturbation in possibly ridiculous poses and with any objects imaginable, dick-girls… Okay, but let’s try to find something different: a male-female couple (races are irrelevant, as long as humanoid) having a regular consensual intercourse (I’m not even talking about ‘making love’, that’d be way too much to ask). Upon carefully flipping through a gallery of WoW fan art, 360 pictures in total, how many did actually have the aforementioned theme? Six. Six pictures. Here’s the links, for posterity: Queen and Consort, On the Throne, Omnomnom (kudos for the title!), At Long Last, Draenei Couple, and my definite favourite – August. NSFW, naturally.

While I wholeheartedly acknowledge that all kinds of “perversion” tend to be more tempting than the regular “under covers and lights off” sex, forbidden fruit and all, but when that becomes about 2% of all erotic works… then what’s “perverse” about the 98%? Also, titles and captions still label all homosexual activities as “forbidden”, “different”, “risque”… Yeah right.

Artists out there, why don’t you simply admit once and for all that you can’t draw male bodies for, pardon the pun, balls? (And I’m talking fairly fully-shown male bodies – part of a buttock and a 30-inch member shooting a jet of liquid at a pressure that would put a firehose to shame into the eye of a female… doesn’t count, really.)

Dear scarce readers – if you do find something of the aforementioned genre (that is: male/female, consensual sex, additional points for chemistry other than “oh your humongous dick is penetrating my right lung it feels so good”) please link in the comments. Damn, it’s about time to turn this art revolution back against itself ;P

Kto jest chory a kto przestępca, czyli Orwell kontratakuje

Rzadko u mnie bywa na poważnie, ale tym razem będzie, bo wziełem i nie zdzierżyłem, kolokwialnie mówiąc. Będzie o pedofilii i innych zboczeniach, tak na wszelki wypadek ostrzegam, jakby kogoś temat mierził.

Że mamy ogólnoświatową nagonkę na pedofilię wiemy nie od dziś. Choć seksualne wykorzystywanie osób do tego zupełnie niegotowych i nieświadomych potencjalnych konsekwencji jest w oczywisty sposób niedopuszczalne, to w ślepym zapędzie wyplenienia tego “plugastwa” nierzadko władze i policje szpulują głową naprzód z uporem kamikaze, reagując jak pies Pawłowa na słowo kluczowe, a nie chłodno oceniając zjawisko. Chcesz kogoś pogrążyć – oskarż o pedofilię, a już się nie wywinie, choćby był czysty jak łza, bo każdy ławnik na słowo “pedofil” ma już gotowy palec nad przyciskiem “winien, weźcie mi go z oczu”. Tym tematem wymiar sprawiedliwości się autentycznie brzydzi, w fanatyczny wręcz sposób. Nasuwa się skojarzenie z innymi słówkami kluczowymi, gwarantującymi udupienie oskarżonego – niedawno był to “faszysta”, w USA “komunista”, a głębiej sięgając – “heretyk” czy “czarownica”…

Fanatyzacja zaś prowadzi do radosnych absurdów, w imię których w USA już trzeba bardzo uważać, by w kadr plażowych zdjęć nie wparadował czyjś goły berbeć, bo kryminał gotowy. Ba, jeszcze spróbujmy takie zdjęcie nowożytnym zwyczajem umieścić gdzieś na Sieci, to jeszcze podpadniemy pod publikację materiałów pornograficznych. Zaiste, rubensowskie amorki to przerażające bezeceństwo i należy wrócić do średniowiecznego zwyczaju utrącania antycznym rzeźbom przyrodzenia.

Jedźmy jednak dalej: para 16- i 17-latków baraszkowała sobie w najlepsze (to jeszcze w USA legalne, gdyż oboje są w grupie poniżej 18 roku życia). Niestety robili sobie przy tym cyfrowe fotki i przesyłali nawzajem na maile – a dla sądu to jawna produkcja materiałów pornograficznych z udziałem nieletnich! Strach pomyśleć, jeśli na podobny pomysł wpadnie np. rodzina naturystów z gromadką dzieci. Będzie pornografia i gotowy kryminał dla dzieci i ich rodziców. No fajnie po prostu.

Jedziemy jeszcze dalej! 15-latka zrobiła sama sobie parę nagich zdjęć i posłała chłopakowi. Dziś siedzi za rozpowszechnianie pedofilskiej pornografii. Uroczo.

Z innej beczki – artystyczne zdjęcie nagiej 6-latki zostaje uznane za niesmaczne przez australijskie władze. Hmm. Ja patrząc na gustownie wykonane zdjęcie nagiego dziecka mam jedną myśl: “o, ładna fotka, ładne dziecko, może na ładną kobietę wyrośnie”. Jeżeli władzom nagie dziecko kojarzy się z jakąś erotyką i jest to niesmaczny atak na jego niewinność… to kto tu jest zboczony, panie doktorze..?

Popatrzmy na to wszystko jednak jeszcze innej strony. Na pedofilów, tych fotograficznych i tych w sutannach i tych w krzakach za przedszkolem, jest oficjalna nagonka. Wsadza się rodziców za zdjęcia na plaży, nastolatków za zdjęcia własne, pewnie wkrótce będzie się wsadzać lekarzy za rozbieranie pacjentów lub dekoratorów za umieszczanie luster w łazienkach (przecież dziecko może zobaczyć nagie dziecko!). Ba, wystarczy wleźć na dowolną sieć wymiany plików, by zobaczyć ciekawe zjawisko: zwykłe wycinki z filmów pornograficznych, z pełnoletnimi aktorami i aktorkami, zyskują o wiele większą popularność wśród ściągaczy, jeśli zostaną po prostu przemianowane na cokolwiek nielegalnego, a szczególnie trącącego zoofilią, pedofilią, czy jakąś inną zakazaną -filią, czasem zupełnie wbrew oryginalnej treści. O czym to świadczy? Że mamy eksplozję pedofilii? Poniekąd, niestety, tak – ale kto jest temu winny? Zakazany owoc od zawsze smakował najlepiej. Im bardziej media i władze biegają w kółko, krzycząc o koszmarze pedofilii i zaostrzając przepisy, tym bardziej ten temat staje się chwytny i popularny. Im więcej kotków goniących… tym więcej myszek.

Gdy zatem ktoś zada pytanie “skąd się tego paskudztwa tyle wzięło?” – ja mam gotową odpowiedź: zrobiło się popularne medialnie, to i narosło. Stało się modne, stało się chwytliwe. Chcesz dostać popisowy proces i zyskać światową sławę, bo na co dzień jesteś nikim – zgwałć parę dzieci, nawet jeśli cię to nie kręci. Pierwsze strony gazet murowane.

Rozpisałem się strasznie, a tu jeszcze wnioski się sypią i sypią..! Przechodzimy do części drugiej.

Najpierw konieczny będzie jednak wstęp teoretyczny.

Każda parafilia jest zjawiskiem polegającym na odczuwaniu podniecenia seksualnego jakimś bodźcem. Pedofilia to zjawisko ekscytowania się dziećmi. Pedofil to ktoś, kogo podnieca niewykształcone ciało małej dziewczynki czy chłopca. To jeszcze nie jest przestępstwo. Pedofil to nie to samo co molestator dzieci, zoofil wcale niekoniecznie dręczy zwierzaki domowe, a nekrofil to jeszcze nie weteran bezczeszczenia zwłok. Pedofil czy zoofil czy nekrofil to człowiek – wedle naszej definicji – chory, którego należy (być może, jakoś) leczyć ze skłonności niedopuszczalnej do realizacji, zanim (być może) spróbuje swoje dążenia wprowadzić w czyn – ale dopóki nie dojdzie bezpośrednio do czyjejś krzywdy (dziecka, zwierzęcia, czci zmarłego, lub pośrednio poprzez produkcję jakiejś pornografii) dopóty nie popełnia przestępstwa. Jest w grupie potencjalnego ryzyka, można go pilnować i wysyłać na jakieś terapie (być może przymusowe), ale nie można go skazać jak kogoś, kto już jakiś czyn popełnił.

Konkretnie: dziennikarz dokonuje prowokacji na czacie sieciowym, podczas której udaje 14-latkę i już po 20 minutach jakiś “kocham_młode_” proponuje “14-latce” seks. Zaalarmowana policja lamentuje, że niestety na delikwenta nie ma paragrafu, bo przepis penalizujący “namawianie nieletnich do czynności seksualnych”, czy jakoś tak, jest dopiero w przygotowaniu. Fakt, że amator nieletnich podesłał swojej niedoszłej ofierze jakieś zdjęcia, wyglądające na dziecięcą pornografię, zdecydowanie klasyfikuje go jako potencjalnie niebezpiecznego. Kto wie, może udało się zapobiec tragedii.

Ja jednak tu, w ramach mojego ulubionego kija w mrowisko, zapytam: czy czatownik na pewno był przekonany, że to autentyczna 14-latka? A może myślał, że umawia się z udającą 14-latkę 17-latką, co już mu wedle prawa wolno, bo chce “przeżyć” swoje fantazje, pobawić się z “małolatą”, jednak nie ruszając faktycznie nieletnich? Może przyjmuje, że druga strona “ściemnia” z wiekiem, dla podbicia popularności, i to ta ściema go kręci (patrz poprzedni artykuł)? Przecież nie od dziś wiadomo, że na Sieci wszyscy kłamią: fałszują wiek, podsyłają zdjęcia modelek, piszą fałszywe życiorysy, kombinują i konfabulują, bo mogą. Czy można karać kogoś za fantazje, “realizowane” za zgodą wszystkich uczestników? Tylu amatorów nietypowych scenariuszy każe się partnerkom przebierać a to za pielęgniarki, a to sami chcą wystąpić w stroju stereotypowego pornolowego hydraulika – to czemu nie ma pełnoletnia partnerka udawać nieletniej? Skoro jest to legalne w istniejących produkcjach pornograficznych (a 20-latki poprzebierane w mundurki szkolne to, przepraszam, co ma być, jak nie na siłę odmładzanie?)… Idąc tą drogą zaraz zaczniemy zamykać uczestników zabaw BDSM, bo to jawna napaść seksualna i jeszcze obezwładnienie (na nic będą tłumaczenia, że sam chciał zakucia w kajdanki), a może i dzieci bawiące się plastikowym pistoletem za “próbę napadu z bronią” (i na nic zdadzą się wyjaśnienia “ofiary”, że doskonale wie, że pistolet jest zapalniczką).

Pedofilem przecież wolno być, tak jak nekrofilem, zoofilem, pseudokryptokazihomoufokoprofilem nawet (to byłby chyba taki, kto udaje, że nie podniecają go fekalia spokrewnionych z nim przybyszów z obcych planet będących tej samej płci co on). Czyjeś podniety mogą być nierzadko mocno niesmaczne czy wręcz obrzydliwe czy odrażające – ale nikt nie jest winny temu, co mu wyobraźnia podpowiada i na widok czego mu staje. Taki ktoś może iść się leczyć, jeżeli mu jego fantazje przeszkadzają w życiu, albo może sobie fantazjować, póki nikomu krzywdy nie robi. Czy doczekamy się jakiejś oficjalnie akceptowanej listy fantazji, które wolno “realizować” (czyli odgrywać na niby), a których nie wolno? Gdyby za rozmaite fantazje wsadzano do ciupy, mielibyśmy bardzo nieduże enklawy niewinnych, a większość planety pokrywałoby wielkie więzienie.

Owszem, takim przypadkom czatowych podrywów należy się uważnie przyglądać. Pilnować pociechy, by nie rozmawiały na zbyt osobiste tematy i (brońcie bogowie!) nie umawiały się z nikim poznanym przez Sieć, bo ta kłamie, tak z zasady. Owszem, gdyby już namawianie stało się przestępstwem, to pewnie niejeden autentyczny molestator przyjąłby taką linię obrony: “sądziłem, że ona tylko udaje młodą”, tak jak dziś nierzadko słyszymy “myślałem, że jest pełnoletnia, nawet pokazała mi dowód” (ale z daleka i należał do podobnej koleżanki). Owszem, ludzi o znanych tendencjach grożących wprowadzeniem w karalny czyn może należy w jakiś sposób pilnować, gdy potencjalnie sami się nie upilnują. Czy jednak prewencyjne działania penalizacyjne “za tendencje” nie są już lekką przesadą?

Chyba spełnia się stara klątwa “obyś żył w ciekawych czasach”…

Konia kują, żaba nogę nadstawia

Arcybiskup Stanisław Nowak podczas jakichś bożozwłocznych uroczystości bił na alarm, iż “Polska popełnia samobójstwo“, nie mnożąc się tak, jak – według niego – należałoby. Kuriozalne, nieprawdaż? Reprezentant największej chyba na świecie rzeszy ludzi własnowolnie bezdzietnych dyktuje innym, że mają się rozmnażać! Panie biskup, chcesz pan, żeby było więcej dzieci, to członek w troki i zapładniać zakonnice!