Błoto power!

Wróciłem z Woodstocku, żywy i cały, choć wymęczony – przeliczenie energii na endorfiny jednak było zdecydowanie korzystne.

Co ciekawego się działo… ba, co się NIE działo.

Zaczęło się mało pozytywnie – z mojego pociągu, relacji Kraków-Kostrzyn, wypadł jakiś krakowiak, niestety ze skutkiem śmiertelnym. Szkoda, jeśli wypadł przez nieszczęśliwy wypadek (żart słowny niezamierzony), krewa, jeśli wypchnął go jakiś pijany kolega, a bez komentarza, jeśli sam był zalany do nieprzytomności. No i niestety ze skutkiem 3.5h opóźnienia, co – gdy jedzie się już 10 godzin – staje się… nieprzyjemne.

Przy okazji – Kostrzyn, nie Kostrzyń, zatem Kostrzyna, nie Kostrzynia, szanowne panie z uroczym głosem w megafonach na dworcach PeKaPe!

Gdy więc wreszcie dotarłem na miejsce i spotkałem się z moją szanowną trzyosobową ekipą, ruszyliśmy na podbój sklepów. No i niespodzianka – a raczej skleroza! Cały Kostrzyn objęty prohibicją na wszystko powyżej piwa! Tak było przecież i dwa lata temu, a ja w kamyczek zapomniałem. Oczywiście wszelkie Lidle, Biedronki i inne markety przeżywały totalny szturm z oblężeniem machinami bojowymi, jednakże poza całymi zgrzewkami browca nie dało się w nich kupić nic smaczniejszego. Ja wziąłem 10 litrów Żywca Zdroju – i bynajmniej nie okazało się to nietrafioną inwestycją, gdyż, oczywiście, wszelkie wiktuały na miejscu były poważnie droższe.

Dalsza relacja minuta po minucie byłaby nudna, zatem jedziemy wycinkami.

Błoto. Bagaże do namiotu, gacie z tyłka – i nura! Pierwsze, co się robi na Woodstocku.

Wąż. Mycie się po błocie nie jest łatwe, gdy ma się do dyspozycji tylko kran z kiepskim ciśnieniem. Zaś gdy ma się prysznicowego węża nakręcanego na kran (0.5″, 3/4″, gwinty są różne), sprawa przybiera zupełnie nowy obrót! Nagle do improwizowanej sikawki ustawia się kolejka brudasów płci obojga. Odrobina taktu, odpowiednio rzeczowy ton – i można nawet niejedną zgrabną dziewczynę osobiście poobmywać tu i ówdzie. Przyjemne z pożytecznym! Na jakiś przyszły Woodstock biorę koniecznie jakąś pogiętą myjkę i urządzam myjnię. :]

Tyskie. Piwo po 2.90 zeta, ale bez soczku – ten trzeba przynieść sobie swój własny. Co, oczywiście, uczyniłem, ku radości sokolubnej części towarzystwa. Nie umarliby organizatorzy, gdyby za drobną dopłatą choć syrop malinowy zaoferowali…

Ruski folk. To jest zdecydowanie ‘to’! Pietuchy i Atmasfera dali czadu jak rzadko. Kalinka i Katiusza to stare i lubiane klasyki, choć dotąd jeszcze zmiksowanej Katiuszy z Czardaszem Montiego nie słyszałem. Muszę poćwiczyć “kozaczka”, bo na razie mnie kilkadziesiąt ostrych przysiadów wykańcza. Za to muszę częściej wciągać osoby postronne do sensownie zgranego tańca, bo parę prostych gestów czy poleceń i się ludzie świetnie bawią.

Shambhala. “Emeryt”, zarąbisty siwy brodacz prowadzący scenę folkową, w ramach trochę zamotanego podłoża wieloreligijnego (gostek chyba łączy na równych prawach chrześcijaństwo, buddyzm, kawałki politeizmu bodajże hinduistycznego i jeszcze jakieś ezoteryczne twory) zaprezentował genialny w swej prostocie sposób na woodstockowy “znak pokoju”, w postaci rozdanych stu rekwizytów – spryskiwaczy. Tak, takich emitujących mgiełkę, do zraszania kwiatków. Wymontować im jednak końcówkę napowietrzającą – i powstaje ręczne działko wodne o zasięgu spokojnie ponad trzech metrów. Jeżeli nie zepsuć tego nadgorliwością, to czy jest coś, czego przysmażony upalnym żarem woodstockowicz potrzebuje bardziej, niż chłodnego prysznica? Psik!

Flamenco. Red Pink ma plus poniżej, ale najpierw minus. Wariacji na temat flamenco nie gra się dla rozkręconej publiczności, bo sobie nie potańczy – muzyka “zostanie na scenie” i ludzie będą stygli i marzli, zamiast się bawić.

Kula pozytywnej energii. Red Pink przechodzi z flamenco na jakiś etherealowo-chilloutowo-balladowy klimat, to co robię? Zaczynam “tajcziować”, of kors. Do tego się znienacka dołącza paru zakręconych pozytywnie ludzi, i za chwilę bezbłędnie w rytm raz narastającej, raz opadającej muzyki “pompujemy” w kółeczku niewidoczną kulę radości, podnosimy ją, opuszczamy, podajemy z ręki do ręki, by na końcu wybić ją daleko w środek tłumu pod sceną! Przeżycie niesamowite, bezbłędnie zgrane, choć z zupełnie obcymi ludźmi, z którymi – wedle komentarza – “mamy tego samego dilera”. Po akcji masowy “cartesian hug” kilkorga uczestników najzupełniej uzasadniony.

Wirówka pogo. Na ile to popularne, nie wiem – ważne, że ludzie bawili się cudownie, gdy lider Clawfingera (komentując “oh shit, this is so fucking cool… this is SO going on Youtube!”, wymachując cyfrówką i ciesząc się jak dziecko) polecił publiczności w strefie pogo rozejść się i zrobić puste miejsce, a następnie zacząć coraz szybciej zapierniczać biegiem dookoła, w spójnym kierunku. Wiry same się robią!

Stage dive! Znowu Clawfinger. Ilu wykonawców na Woodstocku zrobiło przepisowego nurka z wysokości, bagatela, spokojnie 6 metrów? Basista szponiatych ma albo nie po kolei w głowie, albo jaja ze stali, albo jedno i drugie.

Jak mi się coś jeszcze przypomni, pewnie tu dopiszę.

Tymczasem tu są fotki, choć nieliczne. Dla niewtajemniczonych również ciekawy happening, który miał tam miejsce. No i błotko!

To zdecydowanie nie był mój ostatni Woodstock. :]

CategoriesOutdoors, WszystkoTags

woodstock


1. Glina, woda i megaklapki
2. Po Woodstocku... ufff.
3. Na Woodstock!
4. => Błoto power!
<>
cloud: accor:

Group1

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Connect with Facebook

Security Code: