Wieśmin etap 4 za nami!

Spanie po 2-3 godziny na dobę, kawa dożylnie, drożdżówki dopaszcznie – oto codzienność, gdy się jest na parę dni przed dedlajnem konkursu wieśminowego.

Przygoda jednak oficjalnie otrzymała status bety i została wysłana do jury. No nie, nie, release to to nie jest, jeszcze niejeden dialog jest zupełnie w powijakach, ale zagrać już się da i obejrzeć cztery z pięciu zakończeń też.

Do zabawy chętnym testerom oddamy przygódkę jak się wyśpimy.

Ziew, rzekłem.

Kuriozalna pomyłka

Dzwoni telefon. Odbieram.

– Słucham?
– E… Kto mówi? (rozmówczyni, z głosu – starsza kobieta)
– To zależy kto pyta.
– Jak to kto pyta. No, e, Cho****wska. (no co będę starszej kobieciny dane osobowe przetwarzał…)
– Obawiam się, iż nie kojarzę nazwiska. A w jakiej sprawie, lub kogo spodziewała się Pani pod tym telefonem zastać?
– W jakiej sprawie, w jakiej sprawie? Może mam panu cały życiorys opowiedzieć, co?
– Niekoniecznie, może Pani po prostu powiedzieć, z kim chciała Pani rozmawiać.
– A w ogóle to pan jest niegrzeczny, wie pan?
– To być może pomyłka, ale jeszcze raz, z kim chciała Pani rozmawiać?
– … Nie pański interes! *trzask*

Made my day. 😀

SPORE rozczarowanie

Za niektóre żarty słowne powinno się wieszać. Za mną zatem kat ze sznurem biega od dawna, ale niech sobie biega, na zdrowie mu. 🙂

SPORE. Gra-kult. Zapowiadana od bardzo dawna, rewolucyjna, niesamowita, unikalna. A ja co? Otóż, jak zawsze, musi mi się coś nie podobać. I to wcale nie limit 3 aktywacji, faworyzujący piratów a karzący legalnych użytkowników. I nie idiotyczny pomysł na sejwy (1 sejw na cywilizację, a jeśli podczas zapisu gry nastąpi jakaś awaria, gra uczynnie zamknie się, zamiast zaproponować ponowienie próby, pozostawiając gracza ze zniszczonym sejwem). Sam gameplay oceniamy.

Etap bakterii

Dwa otwory gębowe to przydatna sprawa, plus za konsekwencję. Sporo kolców dookoła to również cenne, gdyż gra zachowuje się “fizycznie” i te kolce naprawdę działają na wszystkie strony. Ale bakteria z jedną wicią będzie wolniejsza od bakterii z 5 wiciami – a tego już nie ma konsekwentnie rozwiązanego: wić to wić, prędkość 1, niezależnie od ilości, choć ilość będzie kosztować DNA i dawać już tylko estetykę… A zapowiadano konsekwentny rozwój… To akurat poniekąd detal. Korekta: prędkość się sumuje – wici, rzęski i odrzutki sumują efekty aż do prędkości 5. Mea culpa. Zatem do etapu bakterii nie mam zupełnie nic i niniejszym uważam go za bez zarzutu! Jest oficjalnie moim najbardziej ulubionym etapem gry, choć trwającym najwyżej 10 minut.

Etap stwora

  • Gdzie jakakolwiek konsekwencja, jeżeli z pokolenia na pokolenie mogę sobie zwierzaka przefasonować kompletnie od zera, zmieniając pokojowo nastawionego tancerza i śpiewaka w krwiożerczą maszynę do zabijania?
  • Gdzie sprawiedliwość, że nawet w szczytowym punkcie rozwoju można ze sobą wziąć najwyżej 3 członków swego stada, a wojować czy pertraktować przyjdzie z całymi gniazdami pełnymi 5 czy nawet 8 reprezentantów obcych gatunków?
  • Gdzie logika, skoro mięsożercy są nagradzani za wybijanie innych stworzeń do nogi, co (i na “chłopski rozum”, i w obrębie samej gry) szybko doprowadza do braku pożywienia?
  • Gdzie matematyka, skoro podobne funkcje różnych narządów się (już na tym etapie) NIE sumują? Rogi dają obronność 1, pancerz daje obronność 1, zatem jaką obronność ma rogaty pancernik? Oczywiście, 1. Dziesięciorogi i cały pokryty pancerzem będzie kosztował trylion punktów DNA, i nadal miał obronność 1. Jedna noga jest tak samo szybka jak 10 nóg.

Etap plemienia

Króciuteńki, prościutki, i niby nawet nie ma na co narzekać – ale właśnie na tę krótkość ponarzekam: bakteria była oczywistą zabawką i nie mogła długo ewoluować, stado wymagało eksploracji całego kontynentu, a plemię… podbija lub oczarowuje 4-5 sąsiednich plemion i jest po zabawie? Z “wynalazków” do odkrycia jest: topór, włócznia, pochodnia, kostur leczniczy, parę instrumentów… i to wszystko? Nie spodziewałem się “Cywilizacji”, ale bez przesady z tym upraszczaniem…

Etap cywilizacji

Tu RTSik jak się patrzy, ale chcąc szybciej dojść do kosmosu zczitowałem kasę i zrobiłem totalną rozpierduchę. Nie zdążyłem ponarzekać 😛

Kosmos

Na początek – lajcik. Proporcje grania. Bakteria to zabawa na kwadrans lub dwa, stwór na godzinkę, dwie czy trzy, plemię i cywilizacja jakoś podobnie, zależnie od fantazji gracza… Kosmos zaś to zabawa na wiele, wiele dni, aż się wreszcie do centrum galaktyki dotrze. Czyli co, poprzednie etapy to było takie preludium tylko?

A teraz lecą absurdy totalne:

  • Cała rasa ma jeden statek kosmiczny. Jak zostanie zniszczony, powstaje nowy, ale nadal tylko jeden. Choćby na głowie stawać i posiadać 1000 skolonizowanych systemów, nadal ma się tylko jeden statek. Och, oczywiście innych ras problem ten nie dotyczy – jak odwiedzimy kogoś niesympatycznego, wyśle przeciw nam eskadrę 5 statków-matek, każdy z wianuszkiem małych myśliwców. Jedynym sposobem na zwiększenie liczebności naszej mini-ekipy jest wypożyczanie statków od sojuszników – ale te, raz zniszczone, trzeba ponownie wypożyczyć, ręcznie. No i limit pozostaje: góra 5 statków. Razem to daje 6, kontra wrogie kilkanaście, jak się rozpędzi. Gdy broni planet-stolic, przeciwnik regeneruje stateczki sobie ciągle. Wyważenie? Co to takiego?
  • Strategia do kosza, niech żyje zręcznościówka! Jak się walczy w kosmosie? Nijak, tylko automatyczny ostrzał z wieżyczki. Jak się walczy nad planetami? Ręcznie klikając zmykających spod kursora przeciwników, oczywiście samych strzelających bezbłędnie celnie. Czy ja gram w ekono-bio-strategię na kosmiczną skalę, czy we flashowe klikadło “tłucz potworki wyskakujące z dziurek”?
  • Po co komu pan-galaktyczna komunikacja, skoro wszystko i tak robi się osobiście? Jak w starym dowcipie: w Moskwie musiały być zapewne piękne toalety, skoro nasi sekretarze z każdym gównem jeździli do Moskwy. Jeżeli jesteś na drugim końcu galaktyki, a Twoją rodzimą planetę napadli piraci – leć i broń jej osobiście, zapomnij o pokierowaniu obroną planetarną. Dobrze, jeszcze bitwy to inna sprawa, ale dlaczego rozbudowę kolonii, słodkie stawianie domków w obrębie kopułek kolonijnych, trzeba nadzorować osobiście przyleciawszy z cholera wie jak daleka? I weź się, stworze, zajmij spokojnie eksploracją, gdy jakaś wredota ciągle kąsa ci kolonie, i musisz albo bronić ich osobiście, albo je po prostu stracisz szybciutko…
  • Wolność wyboru: nastawienie pokojowe czy wojownicze to fikcja. Co z tego, że można zawierać sojusze lub wojować, skoro każda rasa zaatakowana zacznie się aktywnie bronić i nie można nikogo zmusić do poddania się w jakieś lenno? Obce rasy można albo pokojowo i polubownie przyjąć w sojusz, albo wybić do nogi. Oczywiście patrz wyżej: bez sojuszników lata się pojedynczym stateczkiem – można od razu zapomnieć o marzeniach zbudowania wielkiej floty i wpieprzenia całemu Wszechświatowi, zatem sojusze zawierać po prostu trzeba, czyli dotąd grając wojowniczym watażką trzeba grzecznie pertraktować i wręczać daniny, by wszyscy nas lubili.
  • Wydobycie przypraw i wszelki handel to kolejny bezsens: nieraz po bardzo wysokich cenach można przyprawy opylać własnej rasie, od której świeżo tęże przyprawę się odebrało, gdyż właśnie tu ją wydobywają! Dokładnie! Przylatujesz, pobierasz za darmo 20 jednostek przyprawy, wchodzisz w handelek, spylasz za niebotyczną kasę, bo akurat wylosowało wysoką stawkę. U każdego można kupić to samo, co najwyżej mniej. Żadnych unikatowych towarów, dostępnych tylko w niektórych systemach – co najwyżej pewne przyprawy rzadziej występują. Sensowne?
  • Nie ma żadnej wymiany technologicznej z innymi rasami. Rozwój jest oparty o “odznaki” za konkretne osiągnięcia i na tym koniec. Zapomnijmy o sztabie naukowców, w pocie czoła rozwijających dziedziny nauk, rozpracowujących podpatrzone, wykupione lub wykradzione obcym gadżety. Zapomnijmy o rasach wyraźnie bardziej lub mniej zaawansowanych – gatunki, te już kosmiczne, w zaawansowaniu różnią się tylko ilością podbitych planet, i czasem opancerzeniem statków. No, może Groksowie mocniej kopią tyłki – i to cała filozofia.

Ja wiem, że nagle w jednej grze zawrzeć Master of Orion, Cywilizację, Settlersów, Privateera i parę innych rzeczy nie jest łatwo – ale to, co się już zawiera, musi mieć sens, a nie jechać na narobionym szumie i ostatecznie obietnice spełniać jedynie powierzchownie. Do czorta, toż to Maxis przecież, firma dotąd wiodąca prym w dziedzinie spójnych i logicznych rozwiązań!

A teraz standardowy disclaimer, który – niestety – muszę wszędzie dodawać, bo mnie presja rozmaita zamęczy. SPORE to gra śliczna graficznie, bardzo miodna w pomyśle, ma genialną polonizację (tego się nie da opisać, za przykłady niech posłuży różowy przesłodzony stwór z wielkimi oczami o nazwie Dodziaczek, wielki, muskularny patafian Pudzianator, oraz gadki wyluzowanych ufoli w stylu “No siemka, handelek jakiś, ten tego, co? Niech pieniążek krąży, krąży, krąży! Każdy każdemu wciska buble i jest szczęśliwy!”). Tylko co z tego, skoro co chwilę, zachęcony wszech-przyjaznością gierki, próbuję użyć jakiegoś mechanizmu – i trafiam nosem w ścianę, bo to czy owo tak nie działa?

Hellboy 2 czyli kawior z coca-colą

Guillermo Del Toro dodatkowego zachwalania nie potrzebuje – spec od mistycznego, pół-baśniowego pół-wściekle-realistycznego klimatu.

Hellboy, jak ktoś czytał komiksy, to wie, a jak nie wie, to niech choć Wikipedię poczyta – historyjka brudna, ciężka, z grubej rury, noiryzujący bohater o ciężkich łapskach robi porządek z paranormalną hołotą.

Jak to pożenić..? Cóż, jakoś się udało, ale wrażenie po filmie mam tytułowe: jedno dobre, drugie dobre, tylko jakoś to połączenie mi nie pasuje. Wszystko, co było rdzennie hellboyowe – początkowe wnętrza Biura, mieszkanie Czerwonego, grypsy bohaterów – były klimatyczne, spójne, rubasznie sympatyczne. Natomiast gdy na ekran weszły zastępy animowanych stworów, elfy, trolle, mechanizmy steampunkowe, legendarne artefakty, misterne złote cacka… poczułem się, jakbym w międzyczasie przesiadł się do sali z lecącym “Stardustem”. To nie był ten sam film, nie ten sam klimat. No i w tę całą zgrabną mistyczno-finezyjną baśniowość wkroczył Czerwony i wszystko rozpier**lił, tak w skrócie.

Wolę jednak, gdy pan Del Toro trzyma się swojego baśniowego stylu, a nie próbuje na siłę ubaśniawiać czegoś, co oryginalnie z baśniowości tylko luźno zaczerpywało małą łyżeczką i było zestawem historyjek w stylu “Hellboy vs Dowolny-Paranormalny-Potwór-Tygodnia” (oczywiście mocno upraszczając, zanim mnie jakiś fan diabełka zadźga). Czekam na coś godnego “Labiryntu Fauna”. 🙂