Konia kują, żaba nogę nadstawia

Arcybiskup Stanisław Nowak podczas jakichś bożozwłocznych uroczystości bił na alarm, iż “Polska popełnia samobójstwo“, nie mnożąc się tak, jak – według niego – należałoby. Kuriozalne, nieprawdaż? Reprezentant największej chyba na świecie rzeszy ludzi własnowolnie bezdzietnych dyktuje innym, że mają się rozmnażać! Panie biskup, chcesz pan, żeby było więcej dzieci, to członek w troki i zapładniać zakonnice!

Z kijem w szprychach

Pokrótce: na przełomie czerwca i lipca planuję przejechać sobie, drobnostka, nasze wybrzeże. Całe. No, prawie – od Gdańska do Szczecina, tylko z Gdyni na Hel posiłkując się transportem zmotoryzowanym. Reszta – moje własne odnóża na pedałach.
Wstępny plan trasy wygląda tak:

Nie, nie wiem, dlaczego plugin googlemapsowy koniecznie chce zasięg moich planowanych wojaży wizualizować aż po Uzbekistan…

Macki na rolkach

Odkryłem, że w piwnicy nadal leżą moje stareńkie rolki. Rocznik chyba z 1996 albo coś w tym stylu… Jeździłem na nich może raz albo dwa, i odtąd spoczywały grzecznie w pudełku. Dziś to być może archaiczny model, ale nadal (chyba) dobrze nogę mi opinają i jechać się na tym da. Albo dałoby… gdybym, psiamać, umiał! Tymczasem jestem na tym pieroństwie zgrabny niczym słoń na lodowisku. Podczas 5 km spaceru po Gocławiu nie wyrżnąłem ani razu, ale o sprawnym i płynnym pokonywaniu przepaści krawężnika nie ma mowy.
Muszę więcej trenować, zdecydowanie. Pięcioletnie dzieci lepiej jeżdżą, a tego nie zniosę. 😛

Dwie godziny w mieście czyli do Kabat i z powrotem.

Co można robić, mając 2 godziny do spożytkowania, będąc w centrum Warszawy? Cóż, zapewne wiele rzeczy, zależnie od upodobań. Ale jeżeli akurat ma się przy sobie rower, to można po prostu ruszyć przed siebie.

No to wziąłem i ruszyłem. Trasa widnieje poniżej. Grochów – centrum – Kabaty – Stare Miasto – Grochów.

Dwie godziny później miałem o 30 km więcej na liczniku. Wiem, 15 km/h to nie jest rekordowa prędkość średnia, ale pewnie częste zakręty i krawężniki mają tu coś do powiedzenia. Tak sobie tłumaczę, żeby nie wyszło, że mój ambitny plan przejechania na początku lipca w tydzień całego naszego bałtyckiego wybrzeża (przeciętnie po 40-80 km dziennie) to przy mojej kondycji nierealne… Dzisiaj 45 km sumarycznie w nogi mi weszło – jutro wejdzie jeszcze trochę. Pożyjemy, zobaczymy, jak mawiali starożytni Atlanci.